niedziela, 30 września 2012

Drużyna. Wyrzutki - John Flanagan




Tytuł: Drużyna. Wyrzutki
Autor: John Flanagan
Wydawca: Jaguar
Ilość stron: 480
Ocena: 6/6





Zanim sięgnęłam po pierwszy tom Drużyny miałam pewne obawy, co do tego, czy powinnam zainteresować się tą serią. John Flanagan był mi przecież dobrze znany z kilkunastotomowych Zwiadowców i chociaż nie jestem „fanem jednego tytułu”, patrzyłam na Drużynę przez pryzmat wielkiego hitu autora. Teraz zupełnie nie żałuję, że postawiłam wszystko na jedną kartę i ostatecznie zabrałam się za czytanie! Wyrzutki nie tylko okazały się lepsze niż się tego spodziewałam, ale i zapadły mi w serce głębiej niż sami Zwiadowcy. Wielu zapewne nie zgodzi się z tą opinią, jednakże, moim skromnym zdaniem, Drużyna zapowiada się na najlepszą serię Flanagana.
Głównym bohaterem opisanej w Wyrzutkach historii jest Hal Mikkelson, drobny półsierota zrodzony z aralueńskiej matki i skandyjskiego ojca. Chłopiec jest bardzo inteligentny i pomysłowy, niestety nie posiada fizycznych predyspozycji niezbędnych by zostać zaakceptowanym w społeczeństwie wojowników. Mimo to, podejmuje się uczestnictwa w wyczerpującym treningu mającym na celu zahartowanie młodych chłopców i przygotowanie ich do dorosłego życia. Właśnie wtedy Hal zostaje przywódcą Czapli – jednej z trzech drużyn, składającej się z rówieśników odrzuconych przez innych. Wybuchowa mieszanka charakterów, umiejętności i wad, jaką stanowią, sprawia, że bardzo szybko grupa uznawana za najsłabszą okazuje się godnym przeciwnikiem podczas rywalizacji i licznych zadań. Chłopcy rozwijają skrzydła, udowadniają swoją wartość i uczą się życia. Niestety, ich spokój zostaje zakłócony, gdy na horyzoncie pojawiają się kłopoty w postaci piratów, a wtedy to los staje się tym, który wyzywa na pojedynek dzielnych, młodych wojowników.
Głównym atutem Wyrzutków są bez wątpienia postaci. Autor nie ograniczył się do wyraźnego zarysowania głównego bohatera, ale dorzucił do „kociołka” większe grono ludzi tworząc tym samym drużyny, nauczycieli, rodziny, a każda z tych osób różni się od innych pod wieloma względami. Co więcej, Flanagan stopniowo przybliża czytelnikowi każdą z postaci pozwalając by czynem udowadniała zgodność posiadanych cech z ich opisem, dzięki czemu czytelnik nie musi ślepo wierzyć narratorowi, ale ma okazję przekonać się o jego prawdomówności. Tym samym autor sprawił, iż jego bohaterowie są trójwymiarowi, realni i stają się bliżsi odbiorcy, który ma pełne prawo obdarzyć ich miłością bądź nienawidzić. Ponadto mnogość bohaterów pozwala czytelnikowi znaleźć tego, z którym mógłby się identyfikować. Nie ważne czy postrzegasz siebie przez pryzmat swoich wad, czy też zalet. Możesz być młodym geniuszem, szybkim biegaczem, wielkim siłaczem, krótkowidzem, drobnym złodziejaszkiem lub mieć bardzo konfliktowy charakter – Drużyna pozwoli Ci nie tylko na odnalezienie siebie, ale i udowodni, że jesteś wyjątkowy!
W tym miejscu chciałabym zwrócić szczególną uwagę na postać Thorna. John Flanagan zaprezentował czytelnikom „bohatera”, który w literaturze młodzieżowej wydaje się być pomijany, bądź stanowi wyłącznie „element dekoracji” świata przedstawionego. Tym czasem tytuł pierwszego tomu powieści nie odnosi się jedynie do młodych ludzi nieakceptowanych przez rówieśników, ale także do osób starszych, które zostały odrzucone przez społeczeństwo dorosłych. Thorn jest kaleką, który straciwszy rękę sam siebie uznał za wyrzutka i pozwolił by alkohol koił brak wewnętrznej akceptacji. Odrzucając dumę stoczył się na samo dno nie mogąc oczekiwać szacunku od innych jeśli nie miał go dla siebie. A jednak przy drobnej pomocy zdołał się podnieść i udowodnić, jak wiele jest wart. Stał się mentorem, przyjacielem, na nowo odnalazł w sobie wojownika, który tkwił gdzieś pod odpychającą powłoką brudnego zapitego kaleki. Na marginesie pozwolę sobie wspomnieć, iż jest to jedna z moich ulubionych postaci serii.
Kolejnym ogromnym plusem powieści jest kilkutorowa fabuła, która pobudza ciekawość i wciąga czytelnika w opowiadaną historię niczym ruchome piaski. Bardzo przypadł mi do gustu fakt, iż autor nie napędza akcji wyrywając bohaterów z ich środowiska naturalnego i rzucając na głęboką wodę, ale pozwala im się przygotować na czekające ich wyzwanie. Daje im czas na zacieśnienie więzi przyjaźni, na bliższe poznanie swoich wad i zalet, ustalenie miejsca w hierarchii. Pozwala także wierzyć, że ewentualna wygrana w starciu nie będzie przypadkiem, ale ciężko wypracowanym zwycięstwem, które bohaterowie zawdzięczają swoim umiejętnościom i treningowi.
W ogólnym rozrachunku, Wyrzutki to wspaniały początek serii, która już teraz wybija się ponad pierwszą powieść autora. Bogaty w znaczenia i przesłania pierwszy tom stawia poprzeczkę bardzo wysoko i jeśli John Flanagan będzie konsekwentny w tym, co tworzy to bez wątpienia Drużyna zdoła przekonać do siebie także tych, którzy poza Zwiadowcami nie dostrzegają niczego innego.

środa, 26 września 2012

The Adamantine Palace - Stephen Deas




Tytuł: The Adamantine Palace
Autor: Stephen Deas
Wydawca: Roc
Wydawca polski: Dwójka bez Sternika
Ilość stron: 374
Ocena: 6/6





Gdy jesteś spragniony – pijesz; gdy odczuwasz głód – jesz; gdy jesteś zmęczony – odpoczywasz. A gdy masz ochotę na fantastykę? Sięgasz po to, co powinno w pełni zaspokoić pragnienie niesamowitej przygody. Człowiek jest istotą słabą, która nie potrafi, a często zwyczajnie nie może, odmówić sobie pewnych przyjemności, czy to dla ducha, czy też dla ciała. Ileż jednak rozkoszy jest w uleganiu własnym pragnieniom?
Tak rozpoczęłam swoją przygodę z cyklem The Memory of Flames. Po wielu dniach intensywnych poszukiwań tytułu, który zawierałby w sobie niezbędne elementy fantastyki oraz po tygodniach oczekiwania na przesyłkę byłam gotowa by zabrać się za lekturę i tak też zrobiłam.
Każdy bibliofil wie, iż książki są jak wino, które należy degustować biorąc pod uwagę zarówno wartości estetyczne, jak i smakowe. Co więc mogę powiedzieć patrząc na The Adamantine Palace? Po pierwsze książka wydana została w formie kieszonkowej na szarym papierze, dzięki czemu tomik waży naprawdę niewiele, a jego noszenie nie sprawia trudności nikomu, kto lekturą umila sobie drogę do pracy, czy szkoły (ubolewam nad faktem, iż nie jest to częściej praktykowane w naszym kraju). Co więcej, książka wyróżnia się naprawdę cudowną okładką, która przyciąga potencjalnego czytelnika i oddaje w pełni treść, którą ilustruje. Jest to ogromną zaletą tego wydania, jako że pobudza wyobraźnię jeszcze przed rozpoczęciem lektury.
Zajmijmy się teraz smakiem naszego „wina”. Stephen Deas przenosi nas do świata nieskomplikowanego, rządzonego przez królów i królowe smoków, w którym kłamstwa są na porządku dziennym, polityczne małżeństwa zawiera się na każdym kroku, zaś liczba zwolenników może zadecydować o losie całego świata. Prostota stworzonej przez autora rzeczywistości pozwala czytelnikowi bez problemu odnaleźć się w świecie The Memory of Flames już od samego początku powieści. To sprawia, że akcja posuwa się zgrabnie do przodu, zaś odbiorca nie czuje się zagubiony.
Tak oto widzimy, że mimo zakłamania, żądzy władzy i dominacji władcom udało się utrzymać długotrwały pokój. Niestety zostaje on zachwiany, w chwili najmniej odpowiedniej. W czasie, gdy królowie i królowe sprzeczają się ze sobą nie potrafiąc odnaleźć wspólnego języka, smoki budzą się z długoletniego transu, w jaki zostały wprowadzone. Upokorzone przez ludzi pragną zemsty rozpoczynając swoją własną wojnę przeciwko znienawidzonej rasie.
W przypadku The Adamantine Palace na szczególną uwagę zasługuje sposób, w jaki autor przedstawia smoki. Na samym początku widzimy je, jako zwierzęta hodowlane przeznaczone do walki, czy też łowów. Odpowiednie ich krzyżowanie pozwala na rozwijanie niektórych szczególnie pożądanych cech. Z czasem dowiadujemy się jednak jak wielką tajemnicę skrywają władcy i ich alchemicy, zaś smoki okazują się niespotykanie inteligentne i żądne krwi.
Także stworzone przez autora postaci są ogromnym plusem powieści. Ich liczba jest idealnie wyważona, a sposób, w jaki zostają one przedstawione czytelnikowi nie wprowadza zamętu lecz pozwala dodać kolejne detale do mapy świata, w jakim się znajdujemy. Główni bohaterowie mogą wzbudzać w odbiorcy najróżniejsze emocje, jednak im bliżej ich poznajemy, tym więcej pojawia się niewiadomych, czy też wręcz przeciwnie, tym więcej możemy powiedzieć o każdej z postaci, a to nie pozwala nam „zaszufladkować” bohaterów. Oni sami nie wiedzą, jaką drogę powinni wybrać, co kryje się w ich sercach, co czują i co przyniesie przyszłość. Dzięki temu rozwijają się, zmieniają i mogą zaskoczyć. Wypada nadmienić, iż w ocenie naszego stosunku do wybranych postaci pomaga umiejętnie poprowadzona, wieloosobowa narracja.
Muszę przyznać, że The Adamantine Palace wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie. Książka wciąga już na początku, czyta się ją szybko i nade wszystko z przyjemnością. Jedynym, czego żałuję, jest brak wydania paperback ostatniego tomu, jak i kolejnej serii osadzonej w tym świecie. Widać, trzeba mi uzbroić się w cierpliwość i śledzić uważnie strony wydawnictw.
Stephen Deas bez wątpienia stworzył coś, co zasługuje na uwagę. W świecie zdominowanym przez „wampirystyczne” romanse dla młodzieży każda dobra fantastyka jest na wagę złota, a w wypadku serii The Memory of Flames mamy do czynienia z czymś naprawdę znakomitym!

Hrabia Monte Christo - Aleksander Dumas




Tytuł: Hrabia Monte Christo
Autor: Aleksander Dumas (ojciec)
Wydawca: Hachette Polska
Ilość stron: 563 (tom 1) + 504 (tom 2)
Ocena: 6/6




„Klasyka to książki, które każdy chciałby znać, a nikt nie chce czytać.„
                                                                                   (Mark Twain)

            Gdy rozpoczynałam swoją przygodę z książkami Aleksandra Dumas ojca miałam nie więcej niż trzynaście lat. Trzej Muszkieterowie nie byli wtedy lekturą obowiązkową, a jednak sięgnęłam po ten tytuł z ogromnym entuzjazmem i zakochałam się w świecie, jaki zaklęto w słowach na kartach powieści. Nic, więc dziwnego, iż z chęcią zagłębiłam się w lekturze innych książek tego autora poznając na własnej skórze znaczenie klasyki literatury światowej.
            Niestety, nie sposób nie zgodzić się z opinią Marka Twaina, gdy na każdym kroku młodzi ludzie dowodzą prawdziwości tezy, iż „klasyka to książki, które każdy chciałby znać, a nikt nie chce czytać.„ Może właśnie, dlatego tematem mojej recenzji chcę uczynić Hrabiego Monte Christo? Powieść uznawaną za najwybitniejszą w dorobku Aleksandra Dumas, a obecnie niemal zapomnianą przez młodych ludzi nazbyt zafascynowanych wampiryzmem.

„Jeżeli książka wysokiego lotu nie natrafi na czytelnika wysokiego lotu – zawiśnie w powietrzu, chybi. Gotowość, aktywność, wysiłek twórczy potrzebne są na obu krańcach tego połączenia.”
(Ryszard Kapuściński, Lapidarium II)

W swoich licznych dziełach Aleksander Dumas wielokrotnie otwierał przed czytelnikami podwoje francuskiej historii okraszając ją zarówno wątkami miłosnymi, bohaterskimi czynami swoich protagonistów, jak i wyjątkowo wyraźnie nakreślonym obrazem antagonistów. Nie da się jednak zaprzeczyć, iż jego dzieła wypaczyły obraz niektórych postaci historycznych. Wymienić należy tu chociażby kardynała Armanda-Jean du Plessis de Richelieu, który jako człowiek wybitny, mąż stanu, stał się w ciągu chwili złowrogim spiskowcem na kartach powieści i ten właśnie obraz zapisał się w pamięci czytelników najwyraźniej. Dowodzi to zarówno kunsztu, jak i niezwykłego talentu pisarskiego pana Dumas, którego dzieła nadal inspirują twórców na całym świecie.
            Cóż więc takiego ma w sobie Hrabia Monte Christo, że plasuje się na samym szczycie najwspanialszych dzieł autora? Dla wielu młodych czytelników intrygi polityczne i miłosne, wielkie uczucia i bolesne zdrady, rozkosz i konsekwencje zemsty to za mało, by sięgnąć po książkę. Ale czy Le Comte de Monte-Cristo zawdzięcza sukces tylko tym kilku składnikom? Z pewnością nie. Gdybym miała przyrównać tę powieść do innego gatunku literackiego wybrałabym baśń. Dlaczego? Ponieważ historia, jaką przychodzi nam się w tym wypadku rozkoszować łączy w sobie elementy Czerwonego Kapturka, Kopciuszka, Śpiącej Królewny, a nawet Królewny Śnieżki!
Czytelnik przenosi się do czasów restauracji Burbonów, kiedy to Francja znajdowała się pod panowaniem tejże dynastii, przerwanej przez 100 dni Napoleona. Tło historyczne jest w tym wypadku niezwykle istotne, gdyż to ono napędza całą akcję powieści. Młody, zaledwie dziewiętnastoletni, naiwny marynarz Edmund Dantès wraca do Marsylii, gdzie czeka na niego ukochana Mercedes, ale i kłopoty – bezwzględny rywal Fernand Mondego, zazdroszczący sukcesu Danglars, a także przebiegły zastępca prokuratora królewskiego de Villefort. Każdy z nich przyczyni się do upadku niewinnego idealisty i osadzenia go w więzieniu na zamku d’If.
To właśnie pośród mroków celi, w której spędził czternaście lat, Edmund Dantès przechodzi przemianę pod okiem swojego współwięźnia – włoskiego księdza i uczonego – i staje się zupełnie innym człowiekiem. Co więcej, śmierć darzonego przez Edmunda synowską miłością starego człowieka umożliwia ucieczkę już nie nastolatkowi, ale mężczyźnie. Wiedza i wolność to jednak nie wszystkie dary poczciwego księdza.
Gdy w Rzymie spotykamy naszego bohatera po raz kolejny, jest jeszcze starszy, bardziej doświadczony i nosi nazwisko hrabiego Monte Christo. Przystojny, o bladej cerze, dystyngowany, uchodzi pośród arystokracji za wampira. Los stawia na jego drodze Alberta de Morcerf – syna Fernanda i jego ukochanej Mercedes – i równocześnie pozwala by młody człowiek zawdzięczał mu życie, co w dalszej części powieści pozwala czytelnikowi przenieść się na paryskie salony, gdzie zbrodniarze, którzy przyczynili się do nieszczęścia Edmunda Dantès odnoszą życiowe sukcesy.

„Książek nie czyta się po to, aby je pamiętać. Książki czyta się po to, aby je zapominać, zapomina się je zaś po to, by móc znów je czytać.”
(Jerzy Pilch, Bezpowrotnie utracona leworęczność)

Jeśli przyjmiemy sentencję Pilcha za słuszną Hrabia Monte Christo stanowić będzie wyjątek potwierdzający regułę. Jest to bowiem historia, która zapada w pamięć i, co najistotniejsze, trafia prosto do serca odbiorcy, a jej magię stanowią właśnie uczucia, jakie lektura budzi w odbiorcy. W chwili, gdy czytelnik przesuwa wzrokiem po ostatnim zdaniu zaczyna odczuwać nieodpartą pokusę by ponownie sięgnąć po pierwszy tom powieści.
Co więcej, jeżeli istnieje powód, dla którego warto uczyć się języka francuskiego to z pewnością jest nim właśnie Le Comte de Monte-Cristo.