środa, 31 października 2012

Nad Rzeką i Tam Dalej - William Horwood




Tytuł: Nad Rzeką i Tam Dalej
Autor: William Horwood
Wydawca: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 303
Ocena: 5/6





            Nie często nad Brzegiem Rzeki pojawia się listonosz. Tym razem musiał się jednak pofatygować za miasto błądząc w poszukiwaniu domu Wodnego Szczura, który łaskawie wskazał mu Kret. Kto jednak mógł przypuszczać, że jeden niewinny list może ściągnąć na głowę spokojnych zwierząt nie lada kłopot? Czym bowiem jest Żywy Inwentarz prosto z Egiptu? Kret, Bratanek oraz Szczur przerażeni wizją stada wielbłądów, bądź nieznanych sobie niebezpiecznych zwierząt wyruszają w podróż do miasta, by zająć się naglącym problemem. Jak się okazuje, panika była przedwczesna. Żywym Inwentarzem jest, bowiem młody, zaniedbany dzieciak – Szczur Morski, stary marynarz, znajomy Szczurka sprzed lat, znajdując się na granicy śmierci wydał ostatnie swoje oszczędności by powierzyć swojego ukochanego syna w dobre ręce zaufanego przyjaciela.
            Tym czasem także Ropuch ma nie lada problem ze swoim nieznośnym podopiecznym, którego kocha, jak własnego syna, a który wdał się w niego zaskakując najróżniejszymi wybrykami i niemożliwymi pomysłami. Biedny, stary Ropuch, który ustatkował się dzięki odpowiedzialności za chłopaka wychodzi z siebie próbując wbić młodzieńcowi do głowy pewne zasady, skłonić go do nauki, rozwijania pasji pieszych wędrówek. Może to być niestety niebezpieczne, gdy w okolicy pojawia się okropny potwór...
Nad Rzeką i Tam Dalej jest ostatnim sequelem Williama Horwooda wydanym w Polsce. Autor utrzymał powieść na wysokim poziomie, nie stracił poczucia humoru, jednak bez wątpienia ograniczył go do niezbędnego minimum, jak także wyważył by nie niszczyć melancholijnego klimatu tejże części. Nasi bohaterowie są, bowiem „staruszkami”, którzy swoje najlepsze dni wydają się mieć już za sobą, a jednak potrafią wykrzesać z siebie jeszcze odrobinę wigoru, który pozwala żyć, cieszyć się czasem, jaki jeszcze im pozostał.
Nie ukrywam, iż ten konkretny tom Opowieści znad Rzeki czytałam z przyjemnością, ale także ogromnym smutkiem. Autor pokazał czytelnikowi, że wszystko się zmienia, nic nie trwa wiecznie. Uzmysławia odbiorcy obecność śmierci w świecie, oswaja go z myślą, że każdego czeka jakiś koniec, zaś kostucha upomni się o swoje prawa prędzej, czy później. Zwraca również uwagę na fakt, że ludzie przestając szanować przyrodę unieszczęśliwiają innych mieszkańców ziemi. Co więcej, człowiek potrafi odwrócić się od człowieka, zignorować potrzeby innych na rzecz swoich własnych, a co za tym idzie, każdy musi walczyć o swoje szczęście, przyszłość młodego pokolenia, spokojną starość. Nie omija to, więc również bohaterów Grahame’a.
Mimo to, Nad Rzeką i Tam Dalej nie jest wyłącznie ciężką potyczką pomiędzy jednostką, a światem. Autor nie przekreśla szans starszych osób na spełnienie marzeń. Szczur, który przez wiele lat wyrzekał się swoich pragnień teraz czuje się przytłoczony faktem poświęcenia dla przyjaźni. Wzruszająca scena wigilijnej kolacji w dworze Ropucha stanowi piękną bramę, przez którą Szczurek musi przejść by w końcu sięgnąć swoich pragnień. Pokazuje to, iż warto podjąć ryzyko by odczuć prawdziwą satysfakcję płynącą z dążenia do realizacji marzeń, gdyż na to nigdy nie jest się za starym.
Niemniej jednak, książka ta to przede wszystkim obraz końca jednego pokolenia i narodzin nowego. Jest to tym bardziej wzruszające, iż czytelnik jest świadkiem wszystkich wydarzeń, jakie się z tym wiążą. Widzi, jak młodzi upodabniają się do swoich opiekunów, jak życie powoli ucieka z wiernych przyjaciół, którzy towarzyszyli nam przez cały ten czas. Należy wspomnieć, że Horwood idealnie wykorzystał motyw wyspy Pana, którego obecność potwierdzają ślady kopyt w najważniejszym momencie powieści. Łzy zbierają się pod powiekami, gdy Borsuk, Ropuch, Kret, Wydra oraz Szczur Wodny ponownie stanowią zgraną grupę przyjaciół, którzy „spotykają się” by nigdy więcej nie musieć rezygnować ze swojego towarzystwa. Co więcej, obraz ten dopełniają dwie łódki, w których siedzą nowi Kret, Wydra, Borsuk, Szczur i Ropuch. Coś się skończyło, coś nowego się zaczęło, a wszystko wieńczy fakt przyszłości, którą mają nadal przed sobą młodzi, nowi bohaterowie.
Nad Rzeką i Tam Dalej to powieść, która przepełniona jest emocjami, refleksją, nieodwracalną świadomością końca. Słodko-gorzki smak ostatnich stron na długo pozostaje w pamięci czytelnika i nie pozwala na zignorowanie wyraźnego przesłania, jakim jest Memento mori – Pamiętaj o śmierci.
Żadna recenzja nie odda w pełni wartości książki, jaką podarował nam William Horwood. Po nią po prostu trzeba sięgnąć i samemu przekonać się, jak ogromny potencjał kryje się w tej klasyce literatury uważanej za dziecięcą, lecz bez wątpienia odpowiedniej dla każdego człowieka o czułej duszy.

wtorek, 30 października 2012

Krwawy Król - Gail Z. Martin




Tytuł: Krwawy Król
Autor: Gail Z. Martin
Wydawca: Dwójka bez sternika
Ilość stron: 528
Ocena: 5/6





            Tris zbiera sojuszników, przeprowadza narady wojenne, stara się zaplanować atak, który przyniesie zwycięstwo jednocześnie redukując straty do minimum, a wszystko, dlatego, że nie zostało mu zbyt wiele czasu. Musi przygotować się do ostatecznej walki z Arontalą i, jeśli zajdzie taka potrzeba, z Obsydianowym Królem. Chociaż młody książę dysponuje wielką mocą, nie potrafi nad nią zapanować, jej pełnia w dalszym ciągu wymyka mu się z rąk, zaś trening, jaki musi przejść zakończy się zwycięstwem, bądź śmiercią. Innej drogi nie ma. Chłopak wyrusza do cytadeli Stowarzyszenia Sióstr, gdzie znające się na magii czarodziejki pomogą mu w przejściu niezbędnego szkolenia, które zwiększy jego szanse na zwycięstwo w walce z ogromną siłą, jaką dysponuje przeciwnik. Jego przyjaciele także nie próżnują. Vahanian wziął na swoje barki obowiązek ich fizycznego przygotowania do bliskiej wojny, zaś zaprzyjaźnieni vayash moru próbują zjednać tej sprawie przychylność całej Rady Krwi. Również duchy pragną pomsty na uzurpatorze, który przyczynił się do wybicia całych wiosek i zbezczeszczenia ciał zmarłych. Ale czy pomoc ze strony żywych, martwych i nieumarłych będzie wystarczająca by uratować Margolan?
            Krwawy Król to kolejna porcja akcji, magii i emocji, to niesamowita przygoda, która trwa i z każdą chwilą staje się niebezpieczniejsza. Bohaterowie, którzy w pierwszym tomie starali się uciec przed złem, teraz muszą spojrzeć mu w oczy, zaatakować, wrócić do miejsca, w którym wszystko się zaczęło, w którym rozegrał się dramat młodego księcia – do zamku Shekerishet. Tu nie ma miejsca na strach, czy zwątpienie.
Nie mniej jednak, tym razem nie tylko teraźniejszość zajmuje istotną rolę na kartach powieści. Przeszłość, w którą czytelnik ma wgląd za sprawą duchów, wydaje się równie istotna. Przybliża, bowiem postaci bohaterów, którzy do tej pory skrywali swoje historie niewiele o sobie mówiąc, chcąc zapomnieć o tym, co zostawili za sobą. Okazuje się jednak, że nie mogą marzyć o szczęściu, jak długo nie podejmą walki ze swoimi koszmarami z przeszłości, nie otrzymają rozgrzeszenia od bliskich zmarłych, ale także od żyjących.
Co więcej, autorka prezentując zniszczenia dokonane przez nieumiejętne rządy Jareda pokazuje odbiorcy, jak istotny jest dobry, sprawiedliwy władca zasiadający na tronie. Udowadnia, że bez Trisa jego kraj upadnie, a może nawet całkowicie zniknie pogrążony w nędzy, rozrywany wewnętrznymi konfliktami. Tak więc, nawet jeśli ryzyko jest ogromne, książę musi je podjąć, gdyż tylko Przywoływacz może zmierzyć się z Obsydianowym Królem. Bohater musi zapomnieć o swoich marzeniach, o spokojnym, prostym życiu z ukochaną i chwytając za miecz zaryzykować życie swoje, swoich przyjaciół, jak także Kiary.
Drugi tom Kronik Czarnoksiężnika to także rozkwitające uczucia, które dają siłę by walczyć z przeciwnościami losu, pomagają za wszelką cenę przetrwać wojnę, która pochłania tysiące ofiar. W Krwawym Królu wątek miłosny jest kwiatem, który rozkwita pośrodku pola ciał poległych w walce wojowników. To promień przebijający się przez deszczowe chmury. Podczas gdy Tris i Kiara otwarcie wyznają swoją miłość nie obawiając się jej, uczucia Cariny oraz Jonmarca wydają się delikatniejsze, zaś oni sami poruszają się po omacku patrząc na świat przez pryzmat poprzednich doświadczeń. W tym temacie nie można zapomnieć o vayash moru, którzy przedstawiają naprawdę piękny i doskonały obraz miłości, która nie prowadzi do zguby, ale pielęgnowana trwa aż do dnia śmierci jednego z kochanków.
Krwawy Król pozbawiony jest przesadnych przyspieszeń, jakie można było zaobserwować pod koniec Przywoływacza Dusz. Dzięki temu książka jest spójna i czyta się ją naprawdę dobrze. Zamyka ona jeden etap w życiu bohaterów, a równocześnie otwiera kolejny sprawiając, iż czytelnik nie pozostaje bierny, ale pragnie wiedzieć więcej, czytać dalej. W końcu życie się nie kończy, ale trwa nadal, zaś czas przynosi zmiany, wzloty i upadki. To jednak temat na następną książkę, a co za tym idzie kolejną recenzję. Tym czasem z całego serca polecam Krwawego Króla, gdyż pierwszy tom był bardzo dobry, ale ten jest jeszcze lepszy, jak to zwykle z seriami bywa.

niedziela, 28 października 2012

Tryumf Ropucha - William Horwood




Tytuł: Tryumf Ropucha
Autor: William Horwood
Wydawca: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 296
Ocena: 5/6





            „Drugiej szansy nie będzie” głoszą napisy nad wejściem do dworu Ropucha oraz nad bramką, którą opuszcza się włości niepokornego arystokraty. Kret mijał je, gdy przychodząc do przyjaciela chciał porozmawiać z nim, jako z jedyną osobą, która mogła go zrozumieć. A jednak źle ulokował swoje nadzieje, gdyż Ropuch jak zawsze w większym stopniu słuchał samego siebie niż innych. Smutny Kret zupełnie przypadkowo zburzył chwilowy spokój właściciela Ropuszego Dworu i zaszczepił w jego głowie myśl, która przeraziła mieszkańców Brzegu Rzeki. Co może być gorszego od Ropucha? Zakochany Ropuch! Miłosne uniesienia w wykonaniu kogoś takiego to nie lada wyzwanie dla ogółu i prawdziwa katastrofa dla tych, którzy znajdą się zbyt blisko dzielnego amanta o przerośniętym ego.
            Niestety, problem Kreta okazał się nie mniej poważny. Poczciwe zwierzę nie potrafiło poradzić sobie z myślami, które je dręczyły nie pozwalając funkcjonować. Był on na tyle zdesperowany by targnąć się na własne życie i tylko dzięki zbiegowi okoliczności został uratowany przez Borsuka. A jednak to poważna rozmowa ze starym przyjacielem okazała się prawdziwym ratunkiem. Sprawiła, iż Kret odzyskał humor i znów poczuł się młody, pełen energii, niemal niepowstrzymany. Razem ze Szczurem wyrusza w podróż, której obaj pragnęli, a która odmienia nie tylko ich życie, ale również cały świat Borsuka.
            Podobnie jak w poprzedniej części, także w Tryumfie Ropucha autor porusza wiele istotnych tematów, które w pełni zrozumieć może tylko czytelnik mający o nich niejakie pojęcie. Drobne, ukryte nawiązania do seksualności mogą nie być zrozumiałe dla dziecka, lecz z pewnością zaskoczą osobę trochę starszą wiekiem. Są jednak niewielkie i przyozdobione dużą dawką humoru, który na każdej twarzy wywoła uśmiech, albowiem Szczurek okazuje się wielkim przeciwnikiem kobiet, które uważa za niebywale niebezpieczne, zaś sam zakochany Ropuch szybko wyleczy się ze swojego płomiennego uczucia, by później być zmuszonym do dokonania wyboru pomiędzy wolnością, która sprowadzi na niego śmierć, a dożywotnią niewolą u boku swojej kuzynki.
            William Horwood odważnie wprowadził również temat depresji, która może dotknąć każdego w najmniej spodziewanym momencie. Problematyka ta jest jak najbardziej aktualna i powinna być poruszana w literaturze dla dzieci, by ustrzec je przed tą chorobą cywilizacyjną, jak i pokazać sposób na walkę z nią. W tym wypadku to uczuciowy Kret wpadł w sidła smutku, którego nie potrafił przezwyciężyć. Ostatecznie, depresja doprowadziła Krecika do próby samobójczej, która wydaje się nieczęstym motywem w książkach dla dzieci. A jednak, autor zdecydował się na przełamanie tematu tabu i przybliżenie czytelnikowi problemów, które dotykają świata dorosłych, choć coraz częściej dotyczą również nastolatków. Sprawia to, iż książka staje się tym bardziej wartościowa pod względem treści i jego przekazu.
            Kolejną niezwykle istotną sprawą jest fakt kłótni między Borsukiem, a jego synem, która doprowadziła do rozstania trwającego długie lata. Niejednokrotnie sprzeczki między rodzicami, a ich dziećmi są opłakane w skutkach, zaś żadna ze stron, choć bardzo by chciała, nie jest w stanie przezwyciężyć strachu przed ponownym odrzuceniem. W przypadku Borsuka tylko szczęśliwe zrządzenie losu sprawia, iż syn godzi się z ojcem, zaś Wnuk poznaje dziadka, o którym wiele słyszał.
            Nie sposób ukryć, iż począwszy od tego tomu autor postanowił przedstawić czytelnikowi jeden ze sposobów na osiągnięcie nieśmiertelności. Starsi powoli zostają zastąpieni przez młodszych: syn, bratanek, wnuk, podopieczny – Horwood tworzy nową generację, nowe „O czym szumią wierzby”. Nakłania tym samym do refleksji nad pytaniem, co takiego my zostawimy po sobie, gdy przyjdzie na nas czas.
            Nie jestem już dzieckiem, a jednak czytając Tryumf Ropucha bawiłam się cudownie. Przygody bohaterów porwały mnie i rozbawiły, skłoniły do myślenia nad moją przyszłością, marzeniami, które chciałabym zrealizować. Może ludzka dorosłość jest tylko pozorna skoro tak chętnie wracamy do książek z dzieciństwa?

sobota, 27 października 2012

Przywoływacz Dusz - Gail Z. Martin




Tytuł: Przywoływacz Dusz
Autor: Gail Z. Martin
Wydawca: Dwójka bez sternika
Ilość stron: 576
Ocena: -5/6





            Martris Drayke nie spodziewał się, że jego niemal beztroskie życie upływające na zabawach z przyjaciółmi i siostrą, unikaniu starszego brata, zainteresowanych nim dam dworu oraz rozmowach z duchami zmieni się diametralnie w przeciągu jednej nocy. Obudził się jako drugi syn króla Margolanu, zaś zaśnie jako zdrajca korony, morderca i uciekinier.
            Coś zakłóca kontakt z duchami, wygania je z zamku, sprawia, że znikają, chociaż powinny wypełniać pałacowe korytarze właśnie tego dnia, gdy granica między światami żywych i umarłych jest najcieńsza. Tris nie ma jednak zbyt wiele czasu na zastanawianie się nad tym fenomenem. Tego dnia chce wspiąć się na mury zamku u boku swojego oddanego przyjaciela Soteriusa, zapomnieć o problemach, po prostu żyć. Niestety, nic nie idzie tak, jak zaplanowali. Młodzi mężczyźni są świadkami tego, jak Jared, najstarszy syn króla Bricena, zabija ojca. Okazuje się, że także królowa i księżniczka poniosły śmierć za sprawą zdradzieckiego pierworodnego i sprzysiężonego z nim maga, Arontali. Podczas próby ucieczki, która stanowi jedyną szansę na ocalenie młodego księcia, Martris zostaje poważnie ranny. Dzięki pomocy przyjaciół – Soteriusa, Carrowaya i Harrtucka – cała czwórka ucieka z miasta, zaś Bogini, która ukazuje się konającemu księciu, uzdrawia go, niejako obiecując kolejne spotkanie. W ten oto sposób rozpoczyna się pierwszy tom Kronik Czarnoksiężnika, ale to zaledwie namiastka tego, co szykuje dla czytelników autorka.
            Gdy Martris Drayke, młody Przywoływacz Dusz, wyrusza w niebezpieczną podróż zdobywając po drodze sojuszników, jak i walcząc z wrogimi siłami, w Isencrofcie księżniczka Kiara staje przed trudnym wyborem, jakiego jest zmuszona dokonać w obecnej sytuacji. Jej ojciec podupadł na zdrowiu, w kraju nie dzieje się najlepiej, zaś jej narzeczony, Jared, upomina się o prawo do jej ręki. Dziewczyna nie jest głupia, wie, że temu człowiekowi nie można ufać, że ślub jest tylko pretekstem do zagarnięcia należących do niej ziem. Wojownicza księżniczka musi wyjechać, zniknąć z oczu tyranowi, jakim okazuje się być jej narzeczony, zaleźć lekarstwo dla ojca, a przede wszystkim, przeżyć. To ostatnie nie wydaje się jednak łatwe, gdy bestie plądrują miasta niemal na równi z żołnierzami samozwańczego króla.
            Tym, co jako pierwsze rzuca się w oczy, gdy patrzymy na Przywoływacza Dusz, jest wspaniała okładka, dopasowana do klimatu powieści. Jej wyrazisty kolor sprawia, że wyróżnia się ona pośród wielu innych, nierzadko szarych i nudnych. Zaraz potem czytelnik ma okazję zauważyć, iż książka liczy sobie całkiem sporo stron zapełnionych czcionką rzadko spotykaną w wydawanych w Polsce powieściach. Na początku może się to wydać dziwne, jednak szybko staje się bardzo przyjemne dla oka, dzięki czemu czerpiemy dodatkową przyjemność z czytania. Do tego dochodzi także naprawdę przyzwoita korekta tekstu, co w ostatecznym rozrachunku czyni Kroniki Czarnoksiężnika serią naprawdę wyjątkową estetycznie.
            Co się zaś tyczy treści, waga jaką Gail Z. Martin przywiązuje do dokładnych opisów wyglądu, czy ubioru od razu zdradza płeć autora. Czytelnik bez najmniejszych problemów może wyobrazić sobie licznych bohaterów, chociaż od czasu do czasu przewróci oczyma przebrnąwszy przez nazbyt szczegółowy opis nowego stroju, w jakim postać się prezentuje. Co więcej, bez problemu można znaleźć tu swojego nieodzownego faworyta, gdyż z góry wiadomo kogo zaliczyć do grona „tych dobrych”, zaś kogo do „tych złych”. Pod tym względem autorka niczym nas nie zaskoczy. Nie zmienia to jednak faktu, iż jej bohaterowie są dobrze dopracowani i „pełni” pod względem kreacji. Mają swój styl, przymioty charakteru, którymi można ich określić, a także historie warte opowiedzenia. Naprawdę mogą się podobać.
            Na zainteresowanie zasługuje stworzony przez autorkę świat wraz z jego różnorodnością kulturową i religijną. Wykreowana przez Gail Z. Martin rzeczywistość podlega ściśle Bogini o wielu twarzach. Różne krainy czczą różne oblicza Bogini, co warunkuje ich styl życia, prawa, zasady, jakim pozostają wierni. Także śmierć podlega ściśle Tej, która sprawuje pieczę nad całym tym światem. W zależności od czystości serca zmarłego może on trafić na łagodniejsze, bądź surowsze oblicze Bogini, a tym samym karmić się obietnicą lepszego, bądź gorszego istnienia „na tamtym świecie”. Co więcej, autorka nie tylko wplata w swoją powieść duchy, ale również wampiry, które tutaj noszą nazwę vayash moru, magiczne bestie, zombie, zaś wszystkie te istoty są doprawdy idealnie dopasowane do klimatu całej powieści.
            Fabuła Przywoływacza Dusz bogata jest w akcję, pędzi i nie pozwala się nudzić. Czytelnik śledzi magiczne postępy Trisa, towarzyszy młodemu księciu i jego przyjaciołom podczas długiej wędrówki, ale także ma okazję zajrzeć do pałacu Jareda, podglądać jego maga przy pracy. Niestety, pod sam koniec książki autorka jednym szybkim opisem przeskakuje od wartkiej akcji i przygód do kończących tom wydarzeń, jakby spieszyła się z zakończeniem swojej powieści. Pozostawia to uczucie niedosytu i zawiedzenia, ale nie zmienia faktu, iż książkę czyta się przyjemnie i warto się nią zainteresować.
            Z Kronikami Czarnoksiężnika jest jak z wieloma innymi tytułami. Albo się je pokocha od razu, albo wylicza się wady i kręci nosem. Ja zakochałam się w tej serii już od pierwszej strony fragmentu, który czytałam. Od razu zachwycił mnie przepełniony magią świat obfitujący w duchy, jak także postaci, które momentalnie wzbudzają sympatię. Przywoływacz Dusz nie jest może pozbawionym wad majstersztykiem, ale bezsprzecznie zasługuje na uwagę. Ja nie żałuję ani jednej sekundy spędzonej na jego czytaniu!

piątek, 26 października 2012

Zima Pośród Wierzb - William Horwood




Tytuł: Zima Pośród Wierzb
Autor: William Horwood
Wydawca: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 302
Ocena: 4+/6





            Zima Pośród Wierzb to kontynuacja dobrze znanej każdemu młodemu czytelnikowi książki O czym szumią wierzby Kennetha Grahame’a. Tym razem to jednak nie on, ale William Horwood zabiera czytelnika we wspaniałą podróż w towarzystwie Kreta, Szczura Wodnego, Borsuka oraz szalonego i niepokornego Ropucha. Jak łatwo się domyślić, wraz z autorem zmienia się także tematyka powieści, jej wydźwięk, charakter. Nasi bohaterowie są, bowiem starsi, bardziej doświadczeni, na swój sposób mrukliwi, a co za tym idzie poruszane przez nich tematy są teraz cięższe, poważniejsze.
            Powieść rozpoczynamy w małym domku Kreta, kiedy to poczciwina siedząc naprzeciw swojego młodego Bratanka zastanawia się, co powinien z nim począć. Kretowi nie uśmiecha się, bowiem życie z towarzyszem, ale i nie ma serca wyrzucać chłopaka na mróz i śnieżycę. Postanawia, więc pozwolić młodzieńcowi zostać u siebie na jakiś czas i zasięgnąć rady przyjaciół, którzy z pewnością wiedzieliby, co zrobić z niechcianym gościem. Wtedy też w domu Kreta pojawia się Grubasek, nieodpowiedzialny syn Wydry, który przemarznięty i przejęty próbuje przekazać poczciwemu futrzakowi jakąś niezwykle ważną wiadomość od Szczura. Niestety, słabość młodzieńca do napitku z tarniny i jeżyn przyczynia się do wielkiego nieszczęścia. Kret martwiąc się o swojego wieloletniego przyjaciela wyrusza mimo okropnej pogody i zmroku w drogę do domu Szczurka decydując się na przeprawę przez zamarzniętą Rzekę.
            Jak się szybko okazuje ani Szczurowi, ani Wydrze nie groziło żadne niebezpieczeństwo, lecz nie można ukryć, że Grubasek przyczynił się do wielkiego nieszczęścia, jakie dotknęło Kreta. Przyjaciele nie szczędzą starań by odnaleźć zaginionego przed roztopami, które podniosą niebezpiecznie poziom wody. Chcąc zyskać na czasie udają się do Ropucha, który po niedawnym okresie spokoju na nowo rozpoczął swoje szaleństwa – tym razem inwestując w samolot. Niestety, jego niezdrowa fascynacja maszynami latającymi, jak również pragnienie sławy, omal nie stają się przyczyną kolejnych strasznych wydarzeń.
            Postacią, z którą wiąże się najwięcej poważnych tematów, jakie poruszone zostają w powieści, jest właśnie Ropuch. On też jest najbardziej kontrowersyjnym z protagonistów, jako że jego haniebne zachowania nie spotykają się z żadną konkretną karą. Był to powód, dla którego ciężko było mi określić, jaki morał mogliby wyciągnąć z jego przygód młodzi czytelnicy. Ropuch przedkłada, bowiem własne zachcianki ponad bezpieczeństwo przyjaciół, oszukuje czerpiąc z tego wiele korzyści, zaś jego skrucha jest jedynie pozorna i obłudna.
W Zimie Pośród Wierzb autor powraca do wątku Pana, boga obecnego w pierwowzorze Grahame’a. Tym razem jego imię nie zostaje wyjawione, zaś bohaterowie nie spotykają się z nim bezpośrednio. Co więcej, epitety użyte dla określenia tego bożka mogą kierować myśli czytelnika ku Jedynemu Bogu. Czytając książkę miałam wrażenie, iż Horwood utożsamia greckie bóstwo z Bogiem chrześcijan, co miałoby pewien sens biorąc pod uwagę fakt, iż główni bohaterowie są zwierzętami i z tego też powodu mogą być bliżej natury, którą niejako uosabia Pan.
            Innym niezwykle istotnym aspektem książki jest sposób, w jaki autor przedstawia instytucje sprawujące władzę w kraju, a więc władzę kościelną (Jego Ekscelencja Biskup), sądową (Jego Lordowska Mość) oraz policyjną (Komisarz Policji). Pojawia się tutaj wyraźna satyra na te trzy urzędy, które zostają przedstawione, jako interesowne, niesprawiedliwe i znajdujące się w bardzo bliskich stosunkach. Krytykowany wydaje się również sposób, w jaki sędziowie próbują na siłę skazać bezmyślnego Ropucha. Najmniejsze przewiny traktują, bowiem, jak okropną zbrodnię, nie analizują dowodów, odrzucają z góry okoliczności łagodzące i dopiero interwencja krajowych znamienitości znajduje dostęp do niesprawiedliwych sędziów.
            Bardzo trudno określić przedział wiekowy odpowiedni do czytania Zimy Pośród Wierzb. Książka, wydaje się przeznaczona dla najmłodszych czytelników, a jednak dziecko nie zdoła zrozumieć satyrycznej strony powieści, która zajmuje najwięcej miejsca w tym tytule. Czytając go, miałam mieszane uczucia. Spodziewałam się czegoś lekkiego, zabawnego, tym czasem autor zaserwował nam rozrywkę bardziej wyrafinowaną, gdyż wymagającą umiejętności czytania między wierszami. Ostatecznie dochodzę do wniosku, iż tytuł ten poleciłabym gimnazjalistom, którzy może zdołaliby dostrzec w pełni wartość napisanej przez Williama Horwooda powieści.

środa, 24 października 2012

Wilkołak - Jonathan Maberry




Tytuł: Wilkołak
Autor: Jonathan Maberry
Wydawca: Amber
Ilość stron: 288
Ocena: -5/6





Romans paranormalny zdominował współczesną literaturę. By się o tym przekonać wystarczy zajrzeć do działu „nowości” w lepszej księgarni, czy też śledzić „zapowiedzi” na stronach internetowych wydawnictw. Cały świat oszalał na punkcie romansów wypełnionych fantastycznymi istotami, które pierwotnie stanowiły podstawę horrorów. Literatura wkroczyła w erę wampirów wegetarianów, wilkołaków salonowych, pięknych trolli, a wszystko to okraszone zostało wątkiem miłosnym, który niczym nie różni się od tysięcy innych. Nic dziwnego, że bardziej wymagający czytelnicy wahają się sięgając po tego typu lekturę.
Kiedy trafiłam na Wilkołaka Jonathana Maberryego przed oczyma stanęły mi niezliczone tytuły o banalnej fabule, w których głównym wątkiem jest wielka, prawdziwa, zakazana i, jakże by inaczej, niebezpieczna miłość. Niestety, w większości przypadków czytelnik nie otrzymuje niczego poza wyświechtaną historyjką ociekającą naiwnością.
Dlaczego więc zdecydowałam się wkroczyć na ten grząski grunt? Otóż słabość do wilkołaków robi swoje, podobnie jak zwykła ludzka ciekawość.
Wilkołak jest powieścią filmową opartą na horrorze w reżyserii Joe Johnstona o tym samym tytule. Jak to zazwyczaj w takich przypadkach bywa, czytelnik jest zmuszony zignorować okładkę, która wyraźnie wskazuje na podrzędne romansidło i odważę się zaryzykować stwierdzenie, iż wręcz odpychała. Mimo wszystko, postanowiłam sprawdzić, co takiego zaoferuje mi autor. Jako że nie miałam okazji obejrzeć filmu, nie wiedziałam czego mogę się spodziewać po książce, a przeczuwając najgorsze, nie stawiałam poprzeczki zbyt wysoko. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, już na samym początku autor pozytywnie mnie zaskoczył. Wystarczył zaledwie prolog bym nie chciała odkładać książki na bok nawet na chwilę.
Jonathan Maberry z wielkim poszanowaniem potraktował temat likantropii nadając mu mistycznego piękna i przerażającego romantyzmu. Nie doświadczymy tu zwyczajnej przemiany podczas pełni księżyca, ale ukaże się nam polująca Bogini Łowów, która karmi swoje dzieci rządzą świeżej krwi. Wilkołak nie jest tu słodkim, potulnym pieseczkiem, ale szkaradną bestią, która kieruje się instynktem i niezaspokojonym pragnieniem zabijania. Autor nie wypełnił swojej powieści postaciami o niezniszczalnym ciele i wodzie zamiast krwi. Wręcz przeciwnie. Życiodajna posoka leje się tu strumieniami, zaś ciała przypominają porcelanowe lalki, które bardzo łatwo stłuc. Co więcej, książka utrzymana jest w gotyckim klimacie pełnym mroku, wściekłości i szaleństwa, który idealnie komponuje się z tematem powieści.
Sama fabuła nie należy może do specjalnie skomplikowanych, czy rewolucyjnych, trzeba jednak przyznać, że jest prowadzona w sposób płynny i interesujący. Po wielu latach spędzonych w Nowym Świecie Lawrence Talbot – młody, obiecujący aktor odnoszący sukcesy na scenie – powraca do rodzinnego domu pełnego wspomnień, tajemnic i cierpienia. W tym czasie jego brat zostaje uznany za zaginionego, niestety, bardzo szybko okazuje się, iż został on brutalnie zamordowany, jego ciało zmasakrowano, zaś piękna narzeczona zmarłego prosi Lawrence’a o pomoc w odnalezieniu sprawcy. Młody aktor postanawia zająć się tą sprawą osobiście nie wierząc w umiejętności policji. Nie szczędzi nawet kąśliwych uwag inspektorowi Aberline ze Scotland Yardu, któremu powierzono zadanie rozwiązania zagadki licznych zgonów, a który już na samym początku wziął na celownik Lawrence’a. Tak rozpoczyna się walka o życie, w której nie zabraknie cygańskiego taboru, posępnego cmentarzyska, szpitala dla umysłowo chorych, jak i wielkiej masakry w Londynie.
Na uwagę zasługuje fakt, iż wątek miłosny zostaje zepchnięty na dalszy plan, dzięki czemu nie stanowi dominującego elementu powieści lecz subtelnie przyozdabia fabułę wzbudzając zainteresowanie nie powodując przy tym przesytu. Czytelnik nie zostaje przytłoczony wielkim uczuciem do naiwnej panny, ale sam może ocenić, ile warte są namiętności bohaterów.
W tym miejscu wypadałoby powiedzieć parę słów na temat samych postaci, które niewątpliwie idealnie komponują się z powieścią, jej klimatem i mistyką. Poza głównym bohaterem, którego historię czytelnik poznaje najdokładniej, mamy tu także znanego z wielu historii, filmów oraz komiksów inspektora Aberline; powiew orientu w osobie służącego na dworze – Singha; sir Johna – ojca Lawrence’a, chłodnego łowcę zwierząt; upartą i odważną narzeczoną – Gwen; oraz mało inteligentnych ludzi zamieszkujących Blackmoor, którzy w czasie pełni po prostu „padają jak muchy”. Niestety, bardzo żałuję, iż wielu z tych bohaterów czytelnik nie ma okazji poznać bliżej, a historie ich życia pozostają tajemnicą, co jest bez wątpienia najsłabszą stroną książki. Ciężko odgadnąć, czy winą za to należy obarczyć twórców filmu, którzy nie pozwolili autorowi rozwodzić się zbytnio nad psychiką i przeszłością postaci, czy też sam Jonathan Maberry uznał to za zbędny dodatek, który wolał pominąć.
Czy mimo to warto sięgnąć po Wilkołaka? Zdecydowanie tak. Mimo iż książka nie wnosi niczego nowego do kanonu horroru, jest lekturą wartą uwagi ze względu na dobrze utrzymany gotycki klimat oraz szacunek dla wilkołactwa. Pozwala wierzyć, że w literaturze dla starszych czytelników jest jeszcze miejsce dla tego, co paranormalne.

poniedziałek, 22 października 2012

Bitwa o Skandię - John Flanagan




Tytuł: Bitwa o Skandię
Seria: Zwiadowcy
Autor: John Flanagan
Wydawca: Jaguar
Ilość stron: 392
Ocena: 5+/6




            Nadchodzą roztopy, a wraz z nimi zbliża się niebezpieczeństwo. Dwójka uciekinierów nie może dłużej kryć się przed pogonią w leśnej chacie, która stanowiła ich dom przez całą zimę. Teraz, gdy Will odzyskał siły w stopniu pozwalającym mu na podróż, on i Evanlyn muszą wydostać się poza granice Skandii. To ich jedyna nadzieja na powrót do domu, do Araluenu. Z góry wiedzieli, jak ciężka i żmudna będzie ich wędrówka, jak wiele trudności stanie im na drodze, ale tego, co miało miejsce później się nie spodziewali... Między niewolą, a wolnością dwójki młodych ludzi staje temudżeiński zwiad, z którym uczeń zwiadowcy nie poradzi sobie w pojedynkę. Liczniejsi, doświadczeni wojowie to nie lada wyzwanie, a może nawet pewna przegrana. I właśnie wtedy, gdy nadzieja na ratunek jest naprawdę znikoma, Willa oraz Evanlyn z opresji ratują Halt i Horace! Tyle, że to nie koniec kłopotów. Temudżeini stanowią zagrożenie nie tylko dla mroźnej krainy skandian, ale również dla wszystkich krain, które ze Skandią graniczą. Prędzej, czy później wojowniczy lud hodujący drobne koniki dotrze do Araluenu, a wtedy kraj pogrąży się w chaosie. Halt nie widzi innego wyjścia, jak tylko to ostateczne, i chociaż ucieczka przed skandianami to jedno, zaś walka z całą armią temudżeińskich wojowników to coś zgoła innego, to czwórka araluenczyków musi chronić swoje królestwo także poza jego granicami.
            Jako że Flanagan przyzwyczaja powoli swojego czytelnika do faktu, iż w jego książkach znaleźć można wiele rad pożytecznych dla młodych ludzi, także i tym razem możemy doszukiwać się przebijających przez fabułę mądrości. Czego więc poprzez Bitwę o Skandię uczy nas autor? Na pewno wytrwałości i wiary we własne siły. Na przykładzie Willa pokazuje swojemu czytelnikowi, że nigdy nie należy się poddawać nawet, gdy sytuacja wydaje się dramatyczna, gdyż los może się odwrócić w najmniej spodziewanym momencie i nigdy nie wiadomo, kto przyjdzie nam z pomocą. Powinniśmy, więc kroczyć przez życie z wysoko uniesioną głową nie pozwalając by złamał nas pokrętny los. Udowadnia także, iż nawet po najboleśniejszym upadku można stanąć na nogi, kiedy ma się odpowiednią motywację, a ciężka praca pomaga w walce z tym, co kiedyś nas złamało. Każdy przeżywa wzloty i upadki, ale najważniejszym jest podnieść się i iść dalej mimo obdartych kolan, potłuczonego ciała, obolałych dłoni.
Flanagan porusza także inny niezwykle istotny temat, jakim są stosunki damsko męskie. O ile sprawa z Alyss od samego początku wydaje prosta i klarowna, o tyle Evanlyn jest nie lada wyzwaniem. Stanowi, bowiem podręcznikowy przykład dziewczyny, której przeciętny chłopak nie zrozumie. Nie od dziś wiadomo, jak wiele wysiłku mężczyźni wkładają w każdorazową próbę chociażby częściowego odczytania kobiecych gestów, słów lub myśli. Czy więc prostolinijny i niedoświadczony Will ma jakiekolwiek szanse na dogadanie się z pełną werwy i siły przyjaciółką w niedoli? Czy nauczy się czytać między wierszami by ostatecznie zrozumieć tę silną, a jednocześnie delikatną dziewczynę, której niewątpliwie zawdzięcza życie?
Bitwa o Skandię kończy porywającą, pełną akcji trzytomową przygodę rozpoczętą w Płonącym Moście i posiadającą wielkie znaczenie dla wielu czołowych bohaterów serii. Jest to także tom, w którym Will dokonuje ostatecznej decyzji dotyczącej przyszłości. Czytelnik zapewne pamięta marzenia młodzieńca, które zaprezentowano w pierwszej księdze, a które chłopak był zmuszony porzucić, kiedy jego życie nabrało tempa, zaś codzienne treningi nie pozwalały na chodzenie z głową w chmurach. Teraz nasz młody bohater staje na rozdrożu, a z raz obranej drogi nie ma już powrotu.
Drogi Czytelniku, czy naprawdę muszę zachęcać Cię byś sięgnął po czwarty tom Zwiadowców? Zaszedłeś już tak daleko, czy możesz jeszcze zawrócić, udać, że nie zainteresowała Cię historia Willa? Sądzę, że już na to za późno i wpadłeś w sidła niesamowitej historii zastawione na Ciebie przez Johna Flanagana.

niedziela, 21 października 2012

Honor Złodzieja - Douglas Hulick




Tytuł: Honor Złodzieja
Autor: Douglas Hulick
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Ilość stron: 484
Ocena: 6/6





            Kiedy siedząc na uczelni skończyłam czytać Honor Złodzieja po moich ustach błąkał się uśmiech. „Wow, to było świetne!” zawołałam w duchu do siebie, chociaż już wielokrotnie zachwalałam w myślach tę książkę. Z szeroko otwartymi oczyma śledziłam tekst chłonąc całą sobą opisaną starannie historię, która ani przez chwilę nie pozwoliła mi się nudzić, zaś rozkosz czytania była doprawdy niebywała. Dlaczego?
Otóż, nie ukrywam, że moją wielką słabością jest literatura płaszcza i szpady, a także gorącą miłością darzę fantastykę, ale to, co zaserwował mi autor wzbiło się ponad moje sentymenty idealnie łącząc oba gatunki bliskie mojemu sercu. „Magia i szpada” – takim mianem powinno się określić tę debiutancką serię, której pierwszy tom powstawał przez wiele lat, by ostatecznie zachwycić czytelnika. Może właśnie temu Douglas Hulick zawdzięcza to, iż nie tylko interesująco rozpoczął swoją książkę, ale i zgrabnie ją zakończył, co niestety, nie każdemu się udaje. Co więcej, sama historia ma w sobie nieodparty urok. Idealne wyważenie fantastyki wkomponowuje magię w świat przedstawiony, nie czyniąc jej głównym punktem odniesienia całej fabuły, ale ozdabiając ją w sposób naturalny i niewymuszony.
Osoby nieznające powieści zapewne zastanawiają się, o czym właściwie jest Honor Złodzieja. Postaram się w kilku zdaniach nakreślić obraz fabuły nie posuwając się przy tym za daleko, by nie zniszczyć radości czytania każdemu, kto zdecyduje się na wyruszenie w podróż wraz z Douglasem Hulickiem i jego Kamratami.
            Drothe jest Nosem, który na boku zajmuje się handlem relikwiami. Niestety, stracił swój złodziejski łup i teraz musi się nieźle napracować, by go odzyskać. Jakby tego było mało, „niebo spada mu na głowę”. Znaczy to tyle, że całe jego dotychczasowe życie ulega zmianom, rozpada się niczym pęknięte lustro. Tylko, dlaczego? W przeciągu chwili zwyczajny, szary Kamrat staje się zwierzyną łowną poszukiwaną przez najlepszych zabójców Ildrekki, a jego przewiny mnożą się w zaskakującym tempie nieadekwatnym do czynów. Co więcej, w oka mgnieniu z pupila szefa staje się numerem jeden na liście osób do wyeliminowania za wszelką cenę i bez baczenia na to, kogo przyjdzie jeszcze usztywnić. Zagrożony jest każdy, kogo Drothe darzy sentymentem, czy uczuciem. A to przecież jeszcze nie koniec! W całą sprawę zamieszane są wysoko postawione osoby, niemałe zastępy przeciwników i księga, której posiadanie wydaje się równoznaczne z klątwą. Po swojej stronie Drothe ma wyłącznie przyjaciela, Brązowego Degana, oraz swój honor, ale na jak długo? I czy to wystarczy by przeżyć, kiedy Aniołowie uwzięli się pozwalając by wszystkie nieszczęścia spadły na głowę jednego człowieka?
            Honor Złodzieja jest niczym układanka składająca się z trzydziestu jeden rozdziałów, z których każdy dodaje coś nowego do ostatecznego obrazu, jaki tworzy powieść. Z tego też powodu, tej książki po prostu nie sposób czytać fragmentarycznie. Każda misternie napisana stronnica pełna jest głównego bohatera, jego myśli, problemów, wspomnień, a wszystko to pozwala czytelnikowi na zbliżenie się do Drothe’a, poznanie go, pokochanie. A przecież to zaledwie pierwszy tom! Jak wiele jeszcze możemy dowiedzieć się o honorowym, szczwanym lisie, jakim jest ten uroczy młodzieniec? Jakie tajemnice kryją się w jego przeszłości i co przyniesie przyszłość nie tylko bohaterom, ale całemu Imperium? Na odpowiedzi przyjdzie nam jeszcze poczekać.
            Douglas Hulick nie tylko stworzył spójną, ciekawą historię, ale również przybliżył czytelnikowi gwarę złodziejską z różnych okresów w dziejach między innymi Anglii oraz Stanów Zjednoczonych, wzbogacając ją o twory własnej wyobraźni. Tym samym, otrzymujemy powieść, w której złodziej nie tylko kradnie, ale również żyje w społeczności swojej złodziejskiej braci, dzięki czemu świat przedstawiony jest bardziej rzeczywisty, ciekawszy. Także humor zawarty w powieści jest dopasowany idealnie do jej klimatu i tematyki. Nie znajdziemy tu płytkich żartów, które nijak się mają do treści, czy też przedstawionej rzeczywistości. Pierwszoosobowa narracja Drothe’a wzbogacona jest o cynizm i umiejętność spojrzenia na siebie krytycznym okiem, które mogą się podobać i wywołują na twarzy uśmiech.
            Podsumowując, Honor Złodzieja to znakomity debiut, który pozwala żywić nadzieję na nie mniej interesującą kontynuację. By zagustować w świecie stworzonym przez Douglasa Hulicka nie trzeba być fanem fantastyki, czy też zachwycać się klasyką powieści pikarejskiej. Wystarczy rozsiąść się wygodnie w fotelu i pozwolić ponieść się przygodzie, która naprawdę zasługuje na uwagę. Przy tej książce nie ma czasu na nudę!

sobota, 20 października 2012

Imperium Czerni i Złota - Adrian Tchaikovsky




Tytuł: Imperium Czerni i Złota
Seria: Cienie Pojętnych
Autor: Adrian Tchaikovsky
Wydawca: Rebis
Ilość stron: 632
Ocena: 6/6




            Imperium Czerni i Złota to zachwycający debiut Adriana Tchaikovskyego, brytyjskiego pisarza o polskich korzeniach, który po piętnastu latach nieudanych prób znalezienia wydawcy, w końcu rozpoczął swoją literacką karierę. Chociaż jego dorobek porównywany jest z wieloma wielkimi nazwiskami, jego dzieła są bezwarunkowo oryginalne i wyjątkowe. Już pierwszy tom Cieni Pojętnych wystarcza za dowód.
            Autor prezentuje, bowiem rozległy, dobrze zbudowany świat, podzielony ze względu na istniejące w nim rasy, które choć przypominają ludzi, posiadają przymioty owadów. Znajdują się tu, więc zarówno pająki, jak i żuki, osy, ważki, modliszki, mrówki i wiele innych „paskudztw”, których nie doświadczymy w innych książkach. Co więcej, każda z ras posiada umiejętności sobie właściwe, jak lot, czy atak kulami energii, zaś dodatkowo wykazuje szczególne zdolności w zakresie magii, bądź też posiadania zmysłu technicznego. Warto dodać, iż te dwie dodatkowe sztuki zazwyczaj wykluczają się wzajemnie. Tak, więc, pająk, czy modliszka nie zdoła pojąć zasad funkcjonowania żadnego mechanizmu, zaś dla mrówca, czy żukowca nie istnieje coś takiego jak „magia”. W tym właśnie świecie osadzona została historia Cieni Pojętnych.
Swoją przygodę czytelnik rozpoczyna w Mynie, mieście mrówców, które upada, gdy silna ręka Imperium Os zaciska się na jego gardle dławiąc wszelkie przejawy sprzeciwu i chęć walki. Ktoś zdradził. Ktoś, kto wiedział o planach podjętych w celu obrony przed najeźdźcą, ktoś, kto nie pojawił się tego dnia na polu walki, jakkolwiek może to być bolesne, nie można zaprzeczyć faktom. Z miasta ucieka zaledwie garstka obrońców, którzy mimo szczerych chęci nie zdołali niczego osiągnąć.
            W siedemnaście lat później, Stenwold Maker, żukowiec w podeszłym wieku, który w czasach swojej młodości był jednym ze śmiałków broniących Myny, nadal znajduje się na czarnej liście Imperium. Nie ma to jednak dla niego znaczenia, gdyż nie ustępuje próbując przestrzec wysoko postawionych mieszkańców Nizin o niebezpieczeństwie grożącym każdemu miastu-państwu ze strony os. Ale czy leniwi, opływający w luksusach mężczyźni mogą potraktować na poważnie gdybania jednego człowieka? Stenwold jest zdany tylko na siebie i swoich agentów, których od lat szkoli w dobrej wierze. Pech chce, że w dosyć nieszczęśliwych okolicznościach jego młoda kuzynka Cheerwell wplątuje się w prywatną wojnę pomiędzy krewnym, a naprawdę niebezpiecznym Imperium. Dziewczyna wraz ze swoimi przyjaciółmi pajęczycą Tynisą, ważką Salmą oraz mieszańcem imieniem Totho wyrusza w naprawdę niebezpieczną podróż, która choć ma doprowadzić ich do Helleronu, w rzeczywistości jest początkiem długiej i żmudnej drogi ku zagrożonej wolności. W tej walce nikt nie może liczyć na to, że osiągnie swój cel bez narażenia życia swojego i innych, że uniknie piętrzących się z zadziwiającą prędkością przeszkód. Stawka jest zbyt wysoka.
            Historia, jaką prezentuje Adrian Tchaikovsky to kawał naprawdę dobrej roboty. Autor nie tylko buduje swój świat cegła po cegle przed oczyma czytelnika, ale także pozwala na wgląd w jego przeszłość, która nakreśla wyraźny kształt zmian, jakie zaszły na przestrzeni wieków zarówno w ustroju politycznym, jak i sposobie życia obecnych w powieści ras. Co więcej, w bardzo dobrym stylu łączy ze sobą nurt fantasty oraz coraz popularniejszy współcześnie steampunk, co ostatecznie czyni Cienie Pojętnych lekturą tym bardziej interesującą i wyjątkową.
            Kreacja świata przedstawionego nie jest jedyną zaletą, jaką dostrzegłam w Imperium Czerni i Złota. Na uwagę zasługują także postaci, których poznajemy multum, a mimo to nie wprowadzają one zamieszania, czytelnik nie traci orientacji z ich powodu. Jako człowiek z gruntu rzeczy uciążliwy dla otoczenia, jestem wybredna, gdy chodzi o obdarzanie szczególnymi uczuciami bohaterów literackich. Mimo to, nawet ja nie mogłam nie zauważyć, iż postaci stworzone przez Tchaikovskyego mają w sobie nieodparty urok. Zarówno protagoniści, jak i antagoniści potrafią rozkochać w sobie odbiorcę, zainteresować swoją historią, ale także wzbudzić żywą niechęć. A wszystko to staje się dostępne czytelnikowi dzięki wieloosobowej narracji obejmującej bohaterów najistotniejszych dla pierwszego tomu serii.
            Nie należę do wielkich miłośników robali, a jednak Cienie Pojętnych wciągnęły mnie bez reszty, zaś pomysł zastosowania owadzich przymiotów dla rozróżnienia poszczególnych ras spodobał mi się niesamowicie. Dodając do tego lekkie pióro autora naprawdę nie sposób nie docenić tego, co stworzył. Jestem przekonana, że dając szansę Imperium Czerni i Złota większa część czytelników oszaleje na punkcie tej książki podobnie jak ja, ponieważ naprawdę jest to początek czegoś nowego, a o to w dzisiejszych czasach coraz trudniej.

środa, 17 października 2012

Ziemia Skuta Lodem - John Flanagan




Tytuł: Ziemia Skuta Lodem
Seria: Zwiadowcy
Autor: John Flanagan
Wydawca: Jaguar
Ilość stron: 350
Ocena: -5/6




            Wilczy okręt pruje fale, niczym nóż przechodzący gładko przez aksamitną tkaninę. Odważni i silni skandianie uwijają się jak mrówki starając się utrzymać kurs, walczyć z przeciwnościami losu, kapryśną pogodą. Na pokładzie „Wilczego Wichru” Will i jego towarzyszka niedoli, Evanlyn, usiłują na spokojnie obmyślić plan ucieczki, nie wzbudzać niczyich podejrzeń, ani też nie denerwować swoich oprawców. Dobrze wiedzą, że nie zdołają wrócić do Araluenu, jeśli zginą w czasie podróży lub w samej Skandii. Niestety, okazuje się, że ucieczka jest trudniejsza niż przypuszczali, zaś Erak nie należy do tępych osiłków. Dwójka młodych bohaterów trafia do „zamarzniętego piekła”, gdzie niewola może z czasem okazać się gorsza niż śmierć, a za błędy trzeba zapłacić naprawdę wysoką cenę.
            Tym czasem w Araluenie robi się naprawdę gorąco. Przepełniony ojcowskimi uczuciami Halt nie spocznie póki nie odnajdzie swojego młodego czeladnika. W swojej nieustępliwości jest skłonny sprzeciwić się królowi, opuścić swój zwiadowczy posterunek i na własną rękę udać się w drogę mającą na celu dotrzymanie obietnicy, w której zobowiązał się uwolnić Willa. Podczas żmudnej wędrówki, jaką podejmuje, doświadczonemu zwiadowcy towarzyszy Horace, a także cała masa problemów, które uczepiły się ich, jak rzep. Na ratunek będzie, więc trzeba poczekać.
Ziemią Skutą Lodem Flanagan przelicytował samego siebie. Po naprawdę dobrym drugim tomie, czytelnik otrzymuje coś jeszcze lepszego zaklętego w niepozornej trzeciej księdze. Autor w dalszym ciągu pozwala na śledzenie losów najważniejszych postaci za pomocą dwutorowej narracji, która przybliża odbiorcy Galię oraz Skandię, co jest także okazją do uzmysłowienia sobie ogromu niebezpieczeństw czyhających nie tylko na Halta i Horace’a, ale również na Willa i Evanlyn. A jednak, mimo iż klimat książki jest raczej przygnębiający i ponury, Flanagan nie zapomina o odrobinie humoru wywołując tym samym uśmiech na twarzy czytelnika, skłaniając go do niedowierzającego kręcenia głową lub głośnego, wyrozumiałego westchnienia. Co najważniejsze, ciepły aspekt humorystyczny, który towarzyszy zwiadowcy i czeladnikowi rycerskiemu, nie zakłóca zimnej powagi związanej ściśle z niedolą wziętych do niewolni młodych ludzi. Wręcz przeciwnie, pozwala odetchnąć przed kolejną porcją smutku, jaki wiąże się z niewolnictwem bohaterów.
Podobnie, jak miało to miejsce wcześniej, także tym razem, autor znajduje czas na dopełnienie obrazu postaci, które tworzą ten naprawdę znakomity świat Zwiadowców. Czytelnik może zaobserwować, jak niewinny, prostolinijny Horace poznaje prawdziwy świat, uczy się go rozumieć, a także zbliża się do Halta, zaprzyjaźnia z nim, z każdą chwilą coraz bardziej doceniając zgryźliwego zwiadowcę. Na szczególne zainteresowanie zasługuje także przypadek Willa, który wpada w naprawdę poważne tarapaty, z którymi nie jest w stanie sam sobie poradzić. Tym samym, autor porusza bardzo istotny temat uzależnień, pokazuje jak łatwo można upaść na sam dół, jak trudno później się z tego podnieść i jak bardzo potrzebni są wtedy oddani przyjaciele. W tym też momencie Flanagan pozwala odbiorcy zaobserwować bezsprzeczną szlachetność i zdeterminowanie Evanlyn, czym ubogaca jej obraz. Dziewczyna, która pojawiła się zaledwie w Płonącym Moście okazuje się niezbędna do przetrwania w zimnym, nieprzyjaznym kraju, a jej liczne zalety niezaprzeczalnie zjednują jej wielu fanów. Nie mniej jednak, najbardziej zaskakującą postacią okazuje się Erak. Trudny do rozszyfrowania skandianin wydaje się być zbudowany nie tylko z mięśni i grubych kości, ale także z licznych sprzeczności stanowiących jednocześnie o jego sile, jak i słabości.
Osób, które już zdążyły zakochać się w Zwiadowcach nie trzeba przekonywać, że Ziemia Skuta Lodem warta się poświęcenia jej czasu. Ci jednak, którzy w dalszym ciągu nie potrafią uwierzyć, że fantastyka bez magii potrafi wciągnąć, powinni sprawdzić to na własnej skórze.
Dzięki prostocie języka oraz gładkości prowadzenia fabuły każdy może zagłębić się w lekturze Ziemi Skutej Lodem i naprawdę wiele z niej wyciągnąć. Pozwólmy, więc by John Flanagan opowiedział nam historię, która pod powłoką fantasy kryje wiele nawiązań do problemów współczesnego świata i młodych ludzi.

wtorek, 16 października 2012

Zaklęcie dla Cameleon - Piers Anthony




Tytuł: Zaklęcie dla Cameleon
Seria: Xanth
Autor: Piers Anthony
Wydawca: Nasza Księgarnia
Ilość stron: 446
Ocena: 4/6




            Po jedenastu latach za sprawą wydawnictwa Nasza Księgarnia Piers Anthony powraca na półki księgarń w zupełnie nowej odsłonie. Jego wielotomowa seria Xanth zyskała nie tylko nowy przekład, ale również nową oprawę, która przyciąga potencjalnego czytelnika naprawdę znakomitą grafiką. Jest to niewątpliwie jednym z głównych atutów tego wydania, obok którego nie można przejść obojętnie.
            Głównym bohaterem Zaklęcia dla Cameleon jest młody mężczyzna imieniem Bink. Beznadziejnie zakochany w Sabrinie jest skłonny zaryzykować własne życie byleby znaleźć swój magiczny talent i z podniesioną głową wyznać ukochanej uczucia, na poważnie myśleć o wspólnej przyszłości. Niestety, ma na to naprawdę niewiele czasu. Jeśli do dnia swoich dwudziestych piątych urodzin nie zdoła odnaleźć swojego talentu i zaprezentować go przed królem zostanie wygnany z Xanthu. Stawiając wszystko na jedną kartę, młody mężczyzna wyrusza w niebezpieczną podróż, której celem jest odnalezienie Dobrego Czarodzieja, jedynej osoby zdolnej mu pomóc. W ten właśnie sposób zaczyna się wielka przygoda Binka. Przygoda, która zmieni jego uczucia, życie, a także sposób patrzenia na świat.
            Będę szczera, kiedy sięgałam po Zaklęcie dla Cameleon spodziewałam się książki przeznaczonej dla młodszego odbiorcy, historii osadzonej w barwnym świecie pełnym fantastycznych istot, ot, kolejnego lekkiego fantasy. To, co otrzymałam bardzo ciężko mi ocenić, gdyż czytając książkę miałam, co do niej mieszane uczucia. Ale po kolei.
Autor przenosi czytelnika do krainy, w której magia daje o sobie znać na każdym kroku. Mamy tu smoki, jednorożce, centaury, magiczne źródła, iluzyjne zamki, po prostu wszystko, czego dusza zapragnie. Co więcej, Xanth ma także swoją historię, co czyni świat przedstawiony bardziej trójwymiarowym. Za bardzo dobry uważam pomysł osadzenia tego fantastycznego wymiaru pośrodku zupełnie zwyczajnego, niemagicznego i bardziej realnego. Stanowią one dwa przeciwległe bieguny – gdy jeden podlega wyłącznie działaniu magii, w drugim rozwija się technika.
Sama fabuła Zaklęcia dla Cameleon nie należy do specjalnie skomplikowanych, będąc raczej płytką i przewidywalną. Także bohaterowie nie są mocną stroną powieści. Czytelnik wie o nich naprawdę niewiele, zaledwie liznął kilka cech ich charakteru, przez co pozbawione są one głębi. Wyjątkiem wydaje się być Trent, który nie tylko posiada wewnętrzny urok, ale także z czasem staje się wyrazisty, bardziej interesujący od samego Binka, zaś jego historia należy do najbardziej nasyconych w całym Zaklęciu.
Najbardziej problematyczną stronę Xanthu stanowi tematyka, która nie wydaje mi się właściwa dla młodego człowieka, który ma jeszcze „pstro w głowie”. Piers Anthony naszpikował swoją powieść bardziej lub mniej dosadnymi odniesieniami do szeroko pojętej seksualności. Oczywiście, nie można tego uniknąć, kiedy w grę wchodzi dwudziesto cztero letni bohater, a jednak wszystko ma swoje granice. Większość z pozoru zabawnych sytuacji posiada drugie dno, którego nie można nie zauważyć. Pojawiają się tu, bowiem liczne aluzje głównego bohatera do sfery erotycznej, uczestniczy on w procesie o gwałt, jest świadkiem kopulacji istot należących do dwóch zupełnie różnych ras, a także wielokrotnie ma okazję wysłuchać krótkiego wykładu na temat krzyżówek ludzi z magicznymi stworzeniami, których owocem są chociażby centaury, czy syreny.
Dla kogo przeznaczone jest w takim razie Zaklęcie dla Cameleon? Naprawdę ciężko jest mi odpowiedzieć na to pytanie. Książka napisana jest łatwym, przystępnym językiem, nie stanowi żadnego wyzwania intelektualnego, lecz dotyczy naprawdę interesującego świata. Z drugiej strony, porusza tematykę odpowiednią dla osób starszych, mniej podatnych na wpływy literatury. Nie odważę się jej oceniać, jako że „jedna jaskółka wiosny nie czyni” i sądzę, że dalsze tomy mogą zawierać w sobie odpowiedź na postawione wyżej pytanie. Jeśli dane mi będzie zapoznać się z kontynuacją Zaklęcia dla Cameleon na pewno nie omieszkam zmierzyć się z tym tematem po raz kolejny, jako że nie daje mi on spokoju.

poniedziałek, 15 października 2012

Płonący Most - John Flanagan




Tytuł: Płonący Most
Seria: Zwiadowcy
Autor: John Flanagan
Wydawca: Jaguar
Ilość stron: 350
Ocena: 5/6




            „Ciekawość to pierwszy stopień do piekła” – powtarzają matki swoim wyjątkowo uciążliwym dzieciom, które najchętniej poznałyby wszystkie tajemnice świata, lecz wcześniej muszą zadać miliony irytujących pytań. Oto obraz Willa, który potrafi wcisnąć swój nos w każdą dziurę, jeśli tylko zaspokoi to jego ciekawość, a co więcej, ku wielkiej udręce Halta, nie może powstrzymać wodospadu pytań, który wypływa z jego ust. Tylko, co ma zrobić zwiadowca, kiedy zauważa, że jego uczeń zmienił się, uspokoił, zmarkotniał? Gdy człowiek nawyka do bzyczenia natrętnej muchy nie sposób żyć bez tego dźwięku, który stał się przecież elementem codzienności. Tak źle i tak niedobrze.
            Niestety, Will to nie jedyny problem Halta. Pojawienie się byłego ucznia, Gilana, nie wróży niczego dobrego, chociaż okazuje się sposobem na poprawienie humoru młodemu czeladnikowi. Ot, nic tak nie działa na człowieka jak poselstwo do Celtii! Tym też sposobem na głowę Gilana spada obowiązek wykonania misji, a także opieka nad dwoma niedorostkami – Willem oraz Horacem. Chłopcy nie będą jednak próżnować mając nad sobą kogoś tak wszechstronnie uzdolnionego. Młody zwiadowca jest, bowiem nie tylko znakomity w skradaniu się, ale również włada mieczem znacznie sprawniej niż nie jeden rycerz! Podróż z kimś takim to nie lada okazja na podniesienie swoich kompetencji.
Ich zadanie miało być stosunkowo proste, może nawet całkowicie pozbawione ryzyka, nudne. Miało, gdyż z całą pewnością nikt nie przewidział, że sprawy mogą się poważnie skomplikować, a do trójki podróżnych dołączy ktoś czwarty – ktoś, kogo nie spodziewano się spotkać pośrodku dziczy. Tak się jednak nieszczęśliwie złożyło, że jedno niespodziewane wydarzenie pociągnęło za sobą całą masę innych, poważniejszych. I nagle nic już nie było takie, jakim być powinno, ale z każdą chwilą miało być tylko gorzej.
Kiedy myślę o Płonącym Moście do głowy przychodzi mi jedno określenie – akcja. Czytelnik nie może się nudzić, jako że fabuła rozwija się szybko i jest bogata w mniejsze lub większe wydarzenia, które zachęcają do dalszej lektury, do zaspokojenia ciekawości. Jeśli Ruiny Gorlanu porównałabym do spokojnego morza to Płonący Most jest powierzchnią wody w czasie sztormu. Tam ciągle coś się dzieje, wszystko jest w ruchu, pędzi by finalnie dotrzeć do ostatniej strony...
O ile pierwsza księga Zwiadowców był zamkniętą całością, o tyle Płonący Most to tylko część historii, jaką tym razem postanowił nam opowiedzieć autor. Każdy, kto planuje zabrać się za czytanie tego tomu powinien zaopatrzyć się od razu w dwie kolejne części, jako że tym razem John Flanagan nie obchodzi się ze swoim czytelnikiem delikatnie. Powieść kończy naprawdę wzruszającą sceną, która ściska za serce i bez skrępowania może uchodzić za jedną z najlepszych w całej serii.
Mimo wartkiej akcji autor nie zapomniał o swoich postaciach, których obraz wzbogaca o nowe cechy, nadaje im charakteru, pikanterii, a także łagodności i ciepła. Czytelnik widzi zupełnie nową twarz bohaterów, których już zna, zakochuje się w nich na nowo, rozbudza swoje nimi zainteresowanie. Najwięcej zyskują na tym zwiadowcy, jak Halt i Gilan, którzy stają się barwniejsi i jeszcze bardziej warci ubóstwienia (nie zaprzeczę, iż w kontekście Płonącego Mostu szaleję za tą dwójką). To jednak nie wszystko. Flanagan wprowadza nowe, fascynujące postaci, które urzekają siłą, odwagą, zdecydowaniem i, co chyba najważniejsze, nie służą za „zatkaj dziurę”, ale mają swoją rolę do odegrania.
Swoją recenzję zaczęłam od bardzo popularnego powiedzenia: „Ciekawość to pierwszy stopień do piekła”. Nie bez powodu przytaczam je po raz kolejny. Gdy w grę wchodzi Płonący Most niewinna przestroga nabiera dodatkowego znaczenia – bardzo dosłownego. Jak to możliwe? Tego każdy czytelnik musi dowiedzieć się sam, a zapewniam, że naprawdę warto. Czy zaspokajanie naszej – czytelniczej – ciekawości również będzie miało swoje konsekwencje? Oczywiście! Grozi nam jeszcze większa miłość do Zwiadowców!

niedziela, 14 października 2012

Dziewczyna w Czerwonej Pelerynie - Sarah Blakley-Cartwright




Tytuł: Dziewczyna w Czerwonej Pelerynie
Autor: Sarah Blakley - Cartwright
Wydawca: Galeria Książki
Ilość stron: 368
Ocena: 5+/6





            Wypaczone przed wieloma laty baśnie budzą się na nowo do życia w pewnym stopniu powracając do źródeł i swojego pierwotnego kształtu, lecz także zmieniając się i wzbogacając historie o popularne współcześnie wątki, dzięki czemu ich kontury są wyraźniejsze, bardziej realne, choć nadal pełne fantastycznych motywów. To, co jeszcze do niedawna uznawane było powszechnie za moralizatorską opowiastkę dla dzieci, zaczyna tracić swoją naiwność i ugrzecznioną formę. Świat na nowo odkrywa prawdę zawartą w baśniach, ich sens i głębię. Dla wielu ludzi nic nie jest już takie, jakim wydawało się w dzieciństwie, zaś inni nigdy nie zaakceptują interpretacji, którą prezentuje im współczesność.
            Valerie od dziecka była nieposkromiona i pełna życia, zaś jej odwaga graniczyła z głupotą. W tamtym okresie w jej życiu wydarzyło się wiele rzeczy, których nie potrafi zapomnieć i nawet po dziesięciu latach z taką samą dokładnością pamięta swojego przyjaciela z dzieciństwa, jak i bestię, którą widziała w noc składania ofiary. Wspomnienia te mają dla niej szczególne znaczenie, zwłaszcza to dotyczące chłopca. Teraz, jako siedemnastoletnia panna, niewiele się zmieniła, w dalszym ciągu nie potrafiąc usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu, zaś w jej sercu niezmiennie króluje towarzysz zabaw sprzed lat. Tyle, że tym razem nie jest już wolna, nie jest już małą dziewczynką, teraz wisi nad nią widmo małżeństwa z mężczyzną, którego wybrali dla niej rodzice.
Jej pierwsze sianokosy miały być okazją do spotkania z tym, na którego czekała od tylu lat, miały przerwać rutynę jej życia. Nie spodziewała się jednak, że odbędzie się to w taki sposób. Zaledwie chwila dzieliła ją od ucieczki ze swoim „księciem”, gdy nagle romantyczne marzenia o przyszłości zostały przerwane. Dziewczyna znowu staje oko w oko z przeszłością, z ogromnym Wilkiem, który powrócił. Teraz każdy staje się potencjalną ofiarą, każdy może być Wilkiem, nikomu nie można zaufać.
Dziewczyna w Czerwonej Pelerynie to książka stworzona na podstawie filmu w reżyserii Catherine Hardwicke, lecz zdecydowanie przewyższającą swój pierwowzór. To właśnie na kartach powieści widać wszelkie odniesienia do psychoanalitycznej interpretacji Czerwonego Kapturka, która zapewne stanowiła natchnienie dla autora scenariusza. Jest to głównym atutem książki, która zawiera liczne opisy uczuć bohaterki, jej fascynację męskim ciałem, seksualnością. Dziewczyna nie próbuje od tego uciec, ale chłonie nowe doznania z ciekawością spoglądając na przystojnych chłopców, poszukując w nich cech swojego ukochanego. Valerie nie jest naiwną dziewczynką, którą znamy z baśni o Czerwonym Kapturku, ale niemalże kobietą, która akceptuje siebie i swoje słabości, odważnie wychodzi naprzeciw temu, co nieznane.
Także miłosny trójkąt przedstawiony w powieści zasługuje na uznanie. Nie stanowi on plątaniny sentymentu i rozterek, chociaż serce dziewczyny pragnie Petera, – starego przyjaciela – zaś umysł szepcze imię Henry’ego – narzeczonego. Valerie nie zastanawia się długo wiedząc dobrze, czego chce od życia, nie pozwala się odepchnąć dążąc do tego, by pokonać przeciwności i połączyć się z tym, którego naprawdę pragnie. Nawet ulegając szaleństwu podejrzeń, które ogarnia całą wioskę, bohaterka konsekwentnie odrzuca obu adoratorów wiedząc, że zarówno jeden, jak i drugi może okazać się Wilkiem. Nie jest to dla niej łatwe, jednak nie załamuje się nie ufając bezgranicznie ani Peterowi ani Henry’emu. Pozostaje czujna i ostrożna do samego końca.
Po Dziewczynę w Czerwonej Pelerynie sięgnęłam z czystej fascynacji tematem „baśni dla dorosłych” i słabości do Czerwonego Kapturka. Nie jestem fanem romansów paranormalnych, co najpewniej jeszcze nie raz będę miała okazję powtórzyć, ale tę książkę czytałam z największą rozkoszą. Od razu spodobał mi się fakt drzemiącej w głównej bohaterce odwagi i jej otwartość na seksualność. Nie udawała cnotki, ale pragnęła poddać się pożądaniu, jakie towarzyszyło myślom o Peterze, co dodało temu tytułowi pikanterii i charakteru.
Nie mam na swoim kącie zbyt wielu książek tego typu i najpewniej nigdy nie przekonam się do romansideł, ale Dziewczyna w Czerwonej Pelerynie to książka wyjątkowa. Czytelnik może na własnej skórze poczuć żar, jaki pojawia się między Valerie, a Peterem, żar, który działa na wyobraźnię i sprawia, że z drżeniem wyczekuje się kolejnej sceny, w której bohaterowie się spotkają, obejmą, pocałują. W przypadku tej książki czułości naprawdę potrafią wywołać dreszcze. Nawet u kogoś tak sceptycznego, jak ja.

sobota, 13 października 2012

Droga Smoka - Chris Bradford




Tytuł: Młody Samuraj. Droga Smoka
Autor: Chris Bradford
Wydawca: Nasza Księgarnia
Ilość stron: 424
Ocena: 6/6





            Droga Smoka to kolejna – trzecia – część przygód młodego Jacka Fletchera, który mając za sobą dwa lata nauki w Niten Ichi-ryū boryka się z coraz poważniejszymi problemami, które piętrzą się na jego drodze. Chłopak stracił rutter ojca, rozwścieczył Masamoto, naraził na wielkie niebezpieczeństwo swojego daimyo i jego córkę, a na domiar złego obawia się, że zostanie usunięty ze szkoły. Przeczuwając, że nie ma wiele do stracenia, Jack postanawia wraz z przyjaciółmi, Akiko i Yamato, wyruszyć na poszukiwanie Smoczego Oka. Podczas stosunkowo krótkiej podróży, na jaką pozwala kiepski stan zdrowia ich opiekuna, bohaterowie nie zbliżają się ani o krok do jednookiego ninja, lecz dowiadują się o nim rzeczy tak niewiarygodnych, że nie są w stanie ich zaakceptować.
Wszystko, co do tej pory miało miejsce jest jednak najmniejszym ze zmartwień Jacka. Skorpiony pod wodzą Kazukiego stają się coraz bardziej śmiałe w swoich poczynaniach szykanując już nie tylko młodego Anglika, ale także tych, którzy się z nim przyjaźnią. Niestety, żaden z nauczycieli nie traktuje tego naprawdę poważnie, a i inni uczniowie wydają się obojętni. Dolewając oliwy do ognia, Japonia przechodzi poważne zmiany wewnętrzne, które powoli zmieniają kraj w śmiertelną pułapkę dla obcokrajowców. Zaledwie krok dzieli wyspy od krwawej wojny domowej, której widmo przeraża młodych samurajów i przyprawia Jacka o gęsią skórkę.
Podobnie, jak miało to miejsce w przypadku poprzedniej części, tak samo tym razem Chris Bradford pokazał, że potrafi konsekwentnie rozwijać swój talent i zachwycać czytelnika. Prezentując kolejne aspekty japońskiej kultury autor pozwala odbiorcy na zgłębienie tajników sztuki pisania haiku, a także zapoznaje go z niesławną częścią historii kraju, który stanowi tło i esencję powieści. Tym samym, zgrabnie przeplata wątki humorystyczne oraz dramatyczne sprawiając, iż ani jedne, ani drugie nie tracą niczego ze swojej wyjątkowości.
Jest jednak coś, co odróżnia Drogę Smoka od innych tomów serii. Otóż książkę można podzielić na dwie części, które razem tworzą coś doprawdy niezwykłego. „Learn today so that you may live tomorrow” – cytat ten idealnie obrazuje to, co autor prezentuje swojemu czytelnikowi na kartach powieści. Pierwsza połowa Drogi Smoka skupia się, bowiem na dalszej edukacji młodych wojowników, na ich codziennym życiu, nowych przyjaźniach, radościach i smutkach każdego przeżytego dnia. Ta część to zawód spowodowany niezadowalającymi umiejętnościami, niechęć do uczuciowego rywala, nienawiść do samego siebie, ale także siła ducha i zdecydowanie, które mogą zdziałać cuda [„Learn today (...)”]. Końcem tej części, zaś początkiem następnej jest zdrada, tym boleśniejsza, iż brzemienna w skutkach. Druga połowa powieści prezentuje walkę o życie, które w każdej chwili może przesunąć się między palcami niczym drobny piasek. Niezwyciężeni samurajscy wojownicy są istotami równie kruchymi, co inni ludzie, nie są nieśmiertelni. To właśnie tutaj czytelnik doświadczy ran, bólu, a nawet śmierci, siły fizycznej oraz psychicznej, strachu i odwagi, poświęcenia dla przyjaciół, początku i końca [„(...) so you may live tomorrow”].
W ogólnym rozrachunku, Droga Smoka to nade wszystko emocje, które targają nie tylko bohaterami, ale i samym czytelnikiem, wyciskają z oczu łzy, zapadają w pamięć. Autor idealnie przedstawił zarówno dramat jednostki, jak i całego społeczeństwa, czym udowodnił swój kunszt pisarski. Co więcej, nadał zakończeniu słodko-kwaśny smak, który powraca za każdym razem, gdy wspomnienia przeniosą odbiorcę do tego tomu serii.
Może zabrzmi to dziwnie, ale Droga Smoka to książka do tego stopnia niesamowita i wzruszająca, że wątpię bym zdecydowała się na jej lekturę po raz kolejny. Po prostu wiem, że ile razy bym jej nie czytała, łzy i tak będą płynąc po policzkach, a katar zapychać nos. Od dawna nie czytałam powieści, która doprowadziłaby mnie do takiego stanu. To naprawdę cudowna historia, którą polecam z całego serca, nawet tym najbardziej wrażliwym. Tę przygodę po prostu trzeba przeżyć! Nawet, jeśli grozi to miesięczną depresją.

czwartek, 11 października 2012

Ruiny Gorlanu - John Flanagan




Tytuł: Ruiny Gorlanu
Seria: Zwiadowcy
Autor: John Flanagan
Wydawca: Jaguar
Ilość stron: 320
Ocena: 6/6



            Po przeczytaniu całej serii Kronik Wampirów potrzebowałam lekkiej lektury, która pozwoliłaby mi uspokoić się psychicznie, odpocząć. Właśnie to zmusiło mnie do przeszukiwania stron internetowych w nadziei na znalezienie czegoś, co wciągnęłoby mnie bez reszty. Tak trafiłam na Zwiadowców. Nie ukrywam, że dla zaznajomienia się z powieścią ściągnęłam jej pierwszą część – Ruiny Gorlanu – w wersji elektronicznej ("nie róbcie tego w domu", paskudna jakość), którą znalazłam gdzieś w sieci, a po ich przeczytaniu na poważnie zaczęłam zastanawiać się nad zakupem swojego własnego egzemplarza książki. To było przeznaczenie, gdyż właśnie w tym czasie znalazłam na ulicy sto złotych i nie miałam już żadnych wątpliwości – ta seria musiała być moja!
            Powieść rozpoczyna prolog, w którym czytelnik poznaje głównego złego dwóch pierwszych tomów serii oraz stworzenia, które bez wątpienia uprzykrzą życie mieszkańcom królestwa Araluen – miejsca, które stanowi tło Ruin Gorlanu. Jest to krótki epizod, po którym autor przedstawia bliżej Willa – głównego bohatera Zwiadowców. Chłopak stresuje się przed najważniejszym dniem w życiu każdego sieroty – Dniem Wyboru – kiedy to przed obliczem barona Mistrzowie królestwa wybierają swoich młodych podopiecznych, chcąc zapewnić im przyszłość odpowiadającą ich umiejętnościom. Will ma jednak złe przeczucie. Jest zbyt drobny na rycerza, zupełnie nie nadaje się do kuchni, ani do dyplomacji, nie byłby nawet dobrym skrybą. Kim więc może zostać? Jego najczarniejsze myśli sprawdzają się. Nie zostaje wybrany przez żadnego z Mistrzów, a więc nie ma przed sobą żadnej przyszłości. W tym jednak momencie, w chwili największego upokorzenia, w komnacie pojawia się zwiadowca imieniem Halt z pismem, którego treść dotyczy bez wątpienia młodego nieszczęśnika i ma zaważyć na jego dalszym życiu. W wyniku następujących później wydarzeń, napędzanych ciekawością i desperacją Willa, zostaje on uczniem Halta, a tym samym rozpoczyna się jego szkolenie na członka elitarnego Korpusu owianego mgłą tajemnicy. Chłopiec nawet nie przeczuwa, co może go jeszcze spotkać i jak ogromne staną się jego możliwości.
            Co więcej mogę napisać o fabule powieści? Otóż, w głównej mierze dotyczy ona drobnych i większych wydarzeń, jakie mają miejsce w życiu młodego czeladnika zwiadowcy. Czytelnik widzi, jak marzenia Willa zostają doszczętnie zniszczone, a następnie zastąpione przez nowe. Chociaż chłopak nie jest przekonany, co do swojej przyszłości w Korpusie Zwiadowców, daje z siebie wszystko chcąc udowodnić swoją wartość przed mrukliwym nauczycielem, który po bliższym poznaniu okazuje się troskliwy niczym ojciec.
„W małym ciele wielki duch” – tak pokrótce opisać można Ruiny Gorlanu. Jako że są one pierwszą częścią serii najdokładniej ukazują zależność pomiędzy drobnym ciałem, a umiejętnościami, siłą, wytrwałością i odwagą. Halt i Will nie mogą pochwalić się imponującymi walorami fizycznymi, a jednak niejednokrotnie udowadniają, jak wielki potencjał może kryć się pod tak niepozorną powłoką. Nawet ich konie o beczułkowatych ciałach i krótkich nogach przewyższają inteligencją i zdolnościami swoich bojowych krewniaków. W przypadku Zwiadowców powiedzenie „małe jest piękne” nie oddaje w pełni tego, co przedstawia czytelnikowi autor. Powieść, bowiem udowadnia, że „małe” jest inteligentne, a inteligencja ta prowadzi do wewnętrznego piękna.
Nie mniej jednak, Will nie jest jedynym bohaterem Ruin Gorlanu. Autor rozwija także wątek Horace’a – czeladnika rycerskiego – przed którym postawione zostaje niełatwe zadanie walki z szykanami. Tym samym, Flanagan pokazuje odbiorcy, że pozwalając sobie pomóc można osiągnąć zdecydowanie więcej, niż samotnie stając naprzeciw kłopotom. Jest to tym bardziej istotne, iż młodzi ludzie często starają się samotnie dźwigać na swoich barkach brzemiona, pod którymi upadają, a przecież wystarczy pokonać dumę i sięgnąć po wyciągniętą, pomocną dłoń.
            Pisząc Zwiadowców John Flanagan kierował się prywatnymi pobudkami, tworząc powieść przeznaczoną w głównej mierze dla jego syna. Mimo to, zdołał stworzyć serię, która dotarła do tysięcy odbiorców na całym świecie. Książki Flanagana okazały się cudownym prezentem dla całej rzeszy młodych czytelników, którzy pokochali zarówno jego postaci, jak i stworzony przez niego świat. Jeśli miałabym odpowiedzieć na pytanie, czemu Zwiadowcy zawdzięczają swój sukces, bezsprzecznie złożyłabym to na krab świata „low fantasy” wzorowanego na średniowieczu, który dziś stosunkowo rzadko tworzony jest z myślą o młodzieży. Niemniej jednak, o tym czy mam rację, każdy musi przekonać się samemu, sięgając po Ruiny Gorlanu, a później może również po kolejne części.

wtorek, 9 października 2012

Droga Miecza - Chris Bradford




Tytuł: Młody Samuraj. Droga Miecza
Autor: Chris Bradford
Wydawca: Nasza Księgarnia
Ilość stron: 360
Ocena: 6/6





            Od czasu przybycia Jacka do Japonii minął rok. Przez ten czas chłopak opanował zarówno język, jak i etykietę, zyskał szacunek rówieśników, znalazł wiernych przyjaciół, ale także wrogów, dla których jest tylko barbarzyńcą. Smocze Oko – ninja, który zabił jego ojca chcąc dostać w swoje ręce rutter – nie pojawił się od czasu udaremnionego ataku na daimyo Takatomiego, a jednak chłopak wie, że mężczyzna wróci i nie spocznie póki nie zdobędzie cennego przedmiotu. Z tego właśnie powodu młody Anglik postanawia wziąć udział w eliminacjach do Kręgu Trzech. Jeśli przejdzie wszystkie próby rozpocznie naukę techniki Dwojga Niebios, a to, jak sądzi, zwiększy jego szanse na przeżycie. Rozpoczyna się okres intensywnych treningów i walki o miejsce w zwycięskiej trójce. Ale „zły” nie śpi, zaś czas działa na niekorzyść blondwłosego samuraja.
            Drugi tom powieści Chrisa Bradforda zdecydowanie przewyższa poprzednią część pod względem płynności fabuły oraz sposobu, w jaki autor przedstawia Kraj Kwitnącej Wiśni. Czytelnik zapoznaje się bliżej z podstawowymi prawdami dotyczącymi ceremonii herbacianej, ma okazję zaobserwować przebieg jednego ze świąt, a także zrozumieć zasady rządzące buddyzmem. Co więcej, japońskie pojęcia zgrabnie wplatają się w narrację, stają się częścią języka, jakim książka została napisana, ich użycie jest naturalne i nie wymaga ciągłego tłumaczenia znaczenia, co w Drodze Wojownika mogło irytować osoby znające w pewnym stopniu język japoński.
            W przypadku Drogi Miecza najważniejszym zagadnieniem staje się trening ciała i ducha. Autor stara się przybliżyć wszystkie najważniejsze kwestie dotyczące nauki samurajskiego rzemiosła. Poprzez nauczycieli Niten Ichi-ryū prezentuje poziom doskonałości, jaki muszą opanować młodzi wojownicy zanim staną się prawdziwymi samurajami. Czytelnik śledzi postępy wszystkich bohaterów powieści, dostrzega ogromną przepaść, jaka dzieli wprawnych wojowników od młodych adeptów sztuki miecza. Zanim osiągną oni perfekcją będą zmuszeni zadbać o swoją siłę fizyczną, stać się jednością z mieczem, rozwinąć umiejętność strzelania z łuku, wyczulić wszystkie swoje zmysły, a także zadbać o stan umysłu. Ta ostatnia nauka staje się dostępna również dla odbiorcy, który może spróbować swoich sił w rozwiązywaniu zagadek medytacyjnych stawianych przez sensei Yamadę.
            Największą zaletą Drogi Miecza jest niewątpliwie nacisk, jak autor kładzie na siłę umysłu i wiarę, która wpływa na rzeczywistość. Udowadnia, że jedynym, co ogranicza człowieka jest on sam, a ciało w pełni podlega umysłowi. Pojawiające się tu „złote myśli” zapadają w serce i zmieniają sposób patrzenia na świat, zachęcają do skorzystania z mądrości przekazywanej przez światłych bohaterów. Ponadto walka, którą Jack toczy z samym sobą skłania czytelnika do refleksji nad własnymi demonami, pokazuje jak je pokonać, daje nadzieję na zwycięstwo. Wszystko to czyni Drogę Miecza najbardziej wartościową częścią serii, drogowskazem, który prowadzi odbiorcę na ścieżkę, którą należy podążać by osiągnąć doskonałość, żyć w zgodzie z samym sobą. Co najważniejsze, wszystkie te nauki nie znajdują się poza zasięgiem przeciętnego człowieka, ale „rozkwitają”, jeśli tylko padną na „żyzną glebę” otwartego umysłu.
            Nadmienię, iż warsztat pisarski Chrisa Bradforda przeszedł naprawdę sporą przemianę od czasu pierwszej części Młodego Samuraja. O ile wcześniej autor nie koniecznie zachwycał, o tyle drugi tom powieści udowodnił, że warto było zainteresować się tworzoną przez Bradforda serią i dać jej szansę.
Droga Miecza naprawdę potrafi przemówić do czytelnika, wpłynąć na jego postępowanie i sposób myślenia. To część, którą polecam z całego serca każdemu, kto choć raz marzył o zostaniu wojownikiem.

poniedziałek, 8 października 2012

Numery. Czas Uciekać - Rachel Ward




Tytuł: Numery. Czas Uciekać
Autor: Rachel Ward
Wydawca: Wilga
Ilość stron: 370
Ocena: 4+/6




            Jem to piętnastoletnia sierota mieszkająca z zastępczą matką w Londynie. Jest niska jak na swój wiek i niepozorna, twarz ukrywa za kurtyną włosów, rzadko podnosi wzrok nie chcąc patrzeć na otaczających ją ludzi. Co więcej, jest skryta, oziębła, woli trzymać się na uboczu unikając kontaktu z rówieśnikami. Od czasu, gdy jej matka przedawkowała, Jem nie może nigdzie zagrzać miejsca. Przechodzi z rąk do rąk, z jednego domu do drugiego. Nikt jej nie rozumie, ale i ona nie stara się znaleźć kogoś, kto mógłby jej pomóc. Jest przytłoczona tajemnicą, którą ukrywa, a w którą nikt by jej nie uwierzył. Dziewczyna ma, bowiem dar, który pozwala jej widzieć daty śmierci osób, którym spojrzy w oczy.
Od kiedy Jem zamieszkała z Karen jej życie to ciągła rutyna, ma swój stały rytm, którego tak naprawdę nic nie zakłóca – chodzi do podrzędnej szkoły, czasami sprawia problemy, wagaruje. Wszystko ulega zmianie, kiedy na jej drodze staje kolega z klasy – Pająk. Wysoki, przeraźliwie chudy i niechlujny czarnoskóry chłopak mieszkający z babcią, któremu pozostały tylko trzy miesiące życia. Nie stanowi najlepszego materiału na przyjaciela, jednak przyczepił się do dziewczyny i nie odpuszcza wyraźnie się nią interesując. Chociaż Jem robi, co może by nie angażować się w tę znajomość, Pająk powoli przebija się przez gruby mur, jakim się otoczyła. Poznają się bliżej, zaczynają akceptować swoje wady, zauważać zalety, zaś ostatecznie są zmuszeni do wspólnej ucieczki z miasta i ukrywania się przed policją.
Kiedy czytałam opis Numerów. Czas Uciekać znajdujący się na okładce byłam przekonana, iż głównym motorem napędowym fabuły są umiejętności Jem. Liczyłam na paranormalny thriller pełen akcji i liczb. Nie skłamię, jeśli napiszę, że na myśl o Numerach przychodziła mi do głowy manga Death Note i właśnie czegoś takiego się spodziewałam. Zamiast tego otrzymałam lekko wulgarną obyczajówkę z elementami paranormalnymi traktującą o nastolatkach z marginesu społecznego. Na początku byłam trochę zawiedziona, jednak szybko dostrzegłam w książce inne walory, które sprawiły, że nie tylko doczytałam do końca, ale i naprawdę się wzruszyłam. Numery skłaniają nas do refleksji nad śmiercią, do zastanowienia się nad tym, co my zrobilibyśmy z darem, jaki otrzymała Jem, czy chcielibyśmy wiedzieć ile czasu nam zostało.
Niestety, pierwszy etap podróży, jaką odbywają bohaterowie – od czasu ich ucieczki, aż do nocy w stodole – pozostawia wiele do życzenia. Cały dramatyzm znika, kiedy na główny plan wychodzi irytująca strona charakteru Jem, która wręcz rozprasza czytelnika. Dziewczyna, która uważała się za twardą, nagle okazuje się chodzącym mięczakiem uzależnionym od miasta, ludzi, życia, jakie wiodła do tej pory. Ciągle narzeka, bez przerwy chce się poddać, zapomina o niebezpieczeństwie, jakie grozi jej przyjacielowi, jeśli ten zawróci razem z nią. A jednak wady bohaterki uwypuklają zalety Pająka, który z dala od zabudowań czuje się jak ryba w wodzie. To on jest głosem rozsądku i przewodnikiem, to jego marzenia wyznaczają trasę, jaką nastoletni uciekinierowie muszą podążać. Pająka po prostu nie da się nie lubić i dlatego tym większy ból sprawia czytelnikowi dalsza część książki, kiedy to od śmierci dzielą chłopaka zaledwie dni.
Fabuła powieści Rachel Ward nie należy do skomplikowanych, jest dość przewidywalna i raczej nie zaskakuje, a jednak potrafi wycisnąć z oczu łzy. Czytelnik poznaje bohaterów bliżej, jest świadkiem narodzin uczucia, które przecież z góry zostało przekreślone, a jednak pojawia się i rozkwita, jak kwiat, który zwiędnie niedługo po tym, jak osiągnie pełnię swojego piękna. Fakt, że po rozstaniu z Pająkiem Jem ciągle o nim myśli przypomina odbiorcy o tym, jak ulotne są szanse na szczęśliwe zakończenie, ale też pokazuje jak wielkie jest uczucie dziewczyny i jak okropne musi przeżywać katusze. Nastolatka stara się odrzucić fakt posiadania nadprzyrodzonych zdolności chcąc zachować w sobie nadzieję na to, że jest jeszcze jakaś przyszłość dla niej i dla osoby, którą kocha. Staje się to niemal jej obsesją i powoli wciąga czytelnika w całe to szaleństwo.
Numery. Czas Uciekać to nie książka dla osób, które w literaturze szukają przygody, zwrotów akcji, czy paranormalnego romansu. To dramat dwójki młodych ludzi, którym los nie dał szansy. To powieść, do której trzeba dorosnąć, trzeba ją zrozumieć i poczuć, a także przypomnienie, że każdy z nas kiedyś umrze, a jedyne, na co mamy wpływ to sposób, w jaki tej śmierci doczekamy.